Witajcie drodzy czytelnicy!
Jako, że za tydzień wybieram się na kolejną wyprawę należy powoli kończyć opowiadać o tej zeszłorocznej.
W zeszłym roku założenie było takie, żeby po dotarciu do Barcelony spędzić tam dwa dni i ruszyć dalej w drogę wzdłuż wybrzeża morza śródziemnego. Niestety po francuskiej przygodzie odechciało nam się autostopowania. Możecie powiedzieć, że jesteśmy słabi i żadni z nas podróżnicy, tylko turyści, jednakże była to pierwsza tak daleka podróż na stopa w naszym wykonaniu, a przygody trzeba dawkować. W tym roku bogatszy o doświadczenie na pewno wytrwam do końca zakładanej trasy.
Montpellier nie przywitało nas miło. Lało niemiłosiernie, ulice dosłownie pływały. Moje trampy wyglądały, jakbym się w nich kąpał. Zdecydowaliśmy się odpuścić sobie jechanie nad morze (jakieś 7, 8 km) i postanowiliśmy poszukać taniej kimy w mieście. Wsiedliśmy więc w tramwaj w stronę głównego dworca w celu zasięgnięcia informacji właśnie tam. Niestety okazało się, że tory tramwajowe są obecnie w przebudowie
i ujechaliśmy tylko kilka przystanków do jakiejś szemranej dzielnicy.
Nie ukrywam, że pomimo tego, iż w takich podróżach mam w zasięgu ręki gaz policyjny, który jest w stanie obezwładnić człowieka na dobre pół godziny to autentycznie miałem wtedy stracha. Ciemno, zimno, do domu daleko, a bez pytania
o drogę ani rusz. W dodatku naokoło same nieprzyjemne twarze kroczące w strugach deszczu przez ciemne ulice. No cóż, jakoś daliśmy radę dotrzeć do następnego tramwaju bez żadnych nieprzyjemnych sytuacji.
W tramwaju odniosłem wrażenie, jakbym był w północnej Afryce - na serio! Spotkać jakąś stricte europejską twarz graniczyło z cudem. Nie znalazłem żadnych danych na ten temat, ale populacja ludności północno - afrykańskiej musi tam być na prawdę duża.
Na dworcu bardzo miła pani dała nam mapkę ze wskazaniem najtańszego hostelu w mieście. Znajdował się on w ścisłym centrum miasta pośród historycznej zabudowy. Przeczekaliśmy największy deszcz i ruszyliśmy w stronę starówki. Starówka Montpellier jest na prawdę przepiękna. Korzenie tego miasta sięgają VII w. Najbardziej utkwił mi w pamięci Place de la Comedie i park gen. de Gaulle'a. Ciekawostka - mają nawet pomnik Lenina wybudowany jakieś 6 lat temu :P
Hostel godny polecenia - przemiła Pani przyjęła nas z uśmiechem, pomimo tego, że już spała i ją obudziliśmy. Wręcz biegała po piętrach pokazując nam udogodnienia dla gości posługując się przy tym pojedynczymi angielskimi słowami - "bathroom, here - free, wifi - free" :D :D Po szybkim prysznicu padliśmy jak kaczki.
Następnego dnia czekała nas trasa widniejąca na ostatniej stronie atlasu. Wstaliśmy bez budzika bardzo wcześnie i wsiedliśmy w tramwaj do miejscówy, którą pokazał nam Fabien. Miejscówa do dupy - duże rondo bez żadnej możliwości zatrzymania się, zero przystanków, nic. Faktycznie był to wjazd na autostradę, jednakże prosto z ronda wjeżdżało się na most, na który pieszym wstęp wzbroniony. Na rondzie spotkaliśmy dziwnego dziadka w klapkach łapiącego stopa na środku drogi, co rusz to w innym kierunku. Pewnie spierdzielił z domu opieki, a dzieci dawno mają go w tyłku. Smutne to trochę.
Jako, że miejscówa w ogóle nie nadawała się na łapanie, wbiliśmy się do maka na wifi i obczailiśmy na hitchwiki dogodne miejsce do wydostania się z miasta. Golnęliśmy się tam tramwajem i po 20 minutach stania pędziliśmy małym wyładowanym peugeotem do Beziers. Zostaliśmy wysadzeni na bramkach, gdzie zatrzymała nam się dziewczyna w hidżabie (to one mogą bez pozwolenia mężczyzny
z rodziny zadawać się z obcymi typami?). Bardzo miłe zaskoczenie. Porozmawialiśmy sobie o ich kulturze, o życiu. Bardzo sympatyczna dziewczyna. Była wielce zdziwiona, że pomimo naszego wieku (21 i 23 lata) nie mamy żon, ani dzieci. Ona miała 20 i miała trójkę dzieci. No cóż, taka kultura. Ważne, że jest zadowolona i szczęśliwa :)
Wysiadając na parkingu przed bramkami w Narbonie natknęliśmy się jeszcze na kilka ekip podróżujących w ten sam sposób. Jednymi z nich była trójka młodych Rosjan. W trójkę ciężko złapać, ale mieli w składzie dziewczynę, więc szanse się równają. Byłem miło zdziwiony, że mój ruski wcale nie jest taki zły. Spoko ludzie, przylecieli do Barcelony samolotem, a teraz przebijają się na stopa do Mediolanu.
Trochę tam postaliśmy, w końcu dostaliśmy się na stację benzynową pod Perpignan. Spotkaliśmy tam kolejnych stopowiczów - dwóch angoli, i dwie młode Rosjanki. Kultura autostopowa w tej sytuacji wymaga ustawić się na samym końcu. Koleżanki okazały się bardziej wytrawnymi stopowiczkami. Miały również, co ważne więcej czasu. Gdybym miał wolne 3 miesiące też bym dalej zajechał :P Dziewczyny przejechały już ponad 5 tys. km z Petersburga do Lizbony, potem przez Hiszpanię do Perpignan, a teraz cisną do Andory. Szacun.
Nie pocieszyły nas za bardzo mówiąc, że spały dzisiaj na terenie tej stacji
i łapią przez cały dzień, ale pomyśleliśmy, że pewnie do Andory trochę ciężej się dostać, niż do Hiszpanii. No cóż, jak się nie uda to mamy z kim obozować :) Pomimo tego, że staliśmy ostatni, stopa złapaliśmy pierwsi. Zatrzymał się hiszpańskojęzyczny Francuz mieszkający na stałe w Gironie, który podwiózł nas właśnie tam. Wtedy zaczęliśmy się zastanawiać, czy to dobra decyzja, ponieważ było już ciemno, zaczął padać deszcz, a na tej stacji samochód pojawiał się średnio co 10 minut i nikt nie chciał się zatrzymać. Perspektywa zostania na poprzedniej stacji z koleżankami
i wspólne obozowanie wydawały się o wiele lepsze, niż rozkładanie starego namiotu
w deszczu.
Po godzinie stania miałem już dosyć - zacząłem łazić i się pytać, czy ktoś by nas nie zabrał. Mój towarzysz był temu przeciwny - nie chciał się nikomu prosić. Taktyka "koniec języka za przewodnika" okazała się skuteczna - para Francuzów jadących do Barcelony po kilkuminutowych negocjacjach zgodziła się nas zabrać ze sobą. Para jak z obrazka - dobrze ubrani, drogie dodatki itp. Sami dużo jeżdżą, ale
z opowieści wynikało, że z największymi wygodami - hotele, wykupywanie wycieczek
z przewodnikami i tak dalej. Zabrali nas trochę niechętnie, panienka nic nie mówiła, bo angielski nie był jej najmocniejszą stroną, za to koleś oblatany w trzech językach. Pogadaliśmy o Ameryce południowej i narobił mi jeszcze większego smaka na tamte rejony.
Około 22 dotarliśmy do centrum Barcelony! Całe zmęczenie odeszło na bok. Nie spieszyło nam się do spania - poszliśmy odkrywać. Co odkryliśmy opowiem Wam później :D
Uśmiech to najważniejsza rzecz w trasie
sobota, 30 lipca 2016
poniedziałek, 18 lipca 2016
Francuski kryzys
Witajcie!
Pewnie już urlopujecie, albo tak jak ja planujecie nową przygodę. Wielu z Was pewnie powie, że sytuacja w Europie nie napawa optymizmem i nie macie zamiaru ruszać się poza Wasz powiat, ale gdyby każdy z podróżników i odkrywców tak myślał, to nadal nie znalibyśmy Ameryki, Afryki, czy Azji.
Już w zeszłym roku sytuacja we Francji była nieciekawa, a jednak zdecydowałem się tam pojechać. Z resztą nie ma innej drogi lądowej do Hiszpanii :P Dzisiaj dalej o tym jakże przemiłym Państwie....
Za bardzo się nie wyspałem na tym francuskim Orliku. Co chwilę ktoś łaził, blisko do drogi. Zwinęliśmy się stamtąd ok. 6 rano. Camping był w fajnym miejscu, bo zaraz obok była droga z szerokim poboczem, gdzie samochody nie jeździły zbyt szybko, więc dobra miejscówa co łapania.
Pierwszy stop tego dnia przyszedł szybko. Oczywiście panienka ni w ząb żadnego innego języka niż francuski, więc trzeba było się porozumiewać za pomocą palca i mapy. Z perspektywy czasu cieszę się, że miałem we Francji papierową mapę - spora pomoc w komunikowaniu się na migi :P. Ujechaliśmy z nią jakieś 50 km do następnej większej miejscowości przy autostradzie A7 - Montelimar.
Faktycznie były to przedmieścia tej miejscowości - wjazd na autostradę w kierunku Montpellier. Miejscówa do łapania na oko idealna - spory plac przed samiutkim wjazdem, samochody jadą powolutku, nawet kilka aut stoi i kręci mini pauzę. W razie czego jakieś 500 m dalej, na drodze krajowej stacja benzynowa. Miód malina myślimy - zaraz coś złapiemy.
Było to największe stopowe rozczarowanie ever - przez 5 bitych godzin nic. Oczywiście nie koczowaliśmy przez cały czas w tym samym miejscu. Dwa razy zmienialiśmy miejscówkę - na CPN i z powrotem.
Najczęściej spotykanymi ludźmi na tym wjeździe byli Holendrzy załadowani po samiutki dach, jadący na lazurowe wybrzeże z rodzinkami - taka nasza wersja Janusza parawaniarza - nawet gdyby chcieli się zatrzymać, to nie mieli jak. Raz udało nam się zagadać, to pani holenderska Grażyna stwierdziła, że ona nie lubi autostopowiczów
i sobie nie życzy z nami rozmawiać. No cóż, nie będziemy się narzucać.
Wszyscy napotkani Francuzi, którzy tam stali, albo nie chcieli w ogóle rozmawiać, albo nie rozumieli, albo pokazywali, że w miasteczku jest stacja TGV. Czasem też pytali, czy znamy stronę blablaCar.... Ludzie, czy tak ciężko zrozumieć o co chodzi
w łapaniu stopa? Gdybym chciał się po prostu przemieścić z punktu A do punktu B to bym kupił sobie tani bilet na samolot i sprawa załatwiona. Autostop jest przygodą samą w sobie - podróżą kulturoznawczą na przekór all inclusive i klepaniu tych samych schematów co wszyscy. Na serio następnym razem jadąc na zachód wywieszę sobię tabliczkę - "TAK, Wiem co to transport publiczny. TAK, stać mnie na bilet. NIE, nie chcę podwózki na dworzec"
Pewnie już urlopujecie, albo tak jak ja planujecie nową przygodę. Wielu z Was pewnie powie, że sytuacja w Europie nie napawa optymizmem i nie macie zamiaru ruszać się poza Wasz powiat, ale gdyby każdy z podróżników i odkrywców tak myślał, to nadal nie znalibyśmy Ameryki, Afryki, czy Azji.
Już w zeszłym roku sytuacja we Francji była nieciekawa, a jednak zdecydowałem się tam pojechać. Z resztą nie ma innej drogi lądowej do Hiszpanii :P Dzisiaj dalej o tym jakże przemiłym Państwie....
Za bardzo się nie wyspałem na tym francuskim Orliku. Co chwilę ktoś łaził, blisko do drogi. Zwinęliśmy się stamtąd ok. 6 rano. Camping był w fajnym miejscu, bo zaraz obok była droga z szerokim poboczem, gdzie samochody nie jeździły zbyt szybko, więc dobra miejscówa co łapania.
Pierwszy stop tego dnia przyszedł szybko. Oczywiście panienka ni w ząb żadnego innego języka niż francuski, więc trzeba było się porozumiewać za pomocą palca i mapy. Z perspektywy czasu cieszę się, że miałem we Francji papierową mapę - spora pomoc w komunikowaniu się na migi :P. Ujechaliśmy z nią jakieś 50 km do następnej większej miejscowości przy autostradzie A7 - Montelimar.
Faktycznie były to przedmieścia tej miejscowości - wjazd na autostradę w kierunku Montpellier. Miejscówa do łapania na oko idealna - spory plac przed samiutkim wjazdem, samochody jadą powolutku, nawet kilka aut stoi i kręci mini pauzę. W razie czego jakieś 500 m dalej, na drodze krajowej stacja benzynowa. Miód malina myślimy - zaraz coś złapiemy.
Było to największe stopowe rozczarowanie ever - przez 5 bitych godzin nic. Oczywiście nie koczowaliśmy przez cały czas w tym samym miejscu. Dwa razy zmienialiśmy miejscówkę - na CPN i z powrotem.
Najczęściej spotykanymi ludźmi na tym wjeździe byli Holendrzy załadowani po samiutki dach, jadący na lazurowe wybrzeże z rodzinkami - taka nasza wersja Janusza parawaniarza - nawet gdyby chcieli się zatrzymać, to nie mieli jak. Raz udało nam się zagadać, to pani holenderska Grażyna stwierdziła, że ona nie lubi autostopowiczów
i sobie nie życzy z nami rozmawiać. No cóż, nie będziemy się narzucać.
Wszyscy napotkani Francuzi, którzy tam stali, albo nie chcieli w ogóle rozmawiać, albo nie rozumieli, albo pokazywali, że w miasteczku jest stacja TGV. Czasem też pytali, czy znamy stronę blablaCar.... Ludzie, czy tak ciężko zrozumieć o co chodzi
w łapaniu stopa? Gdybym chciał się po prostu przemieścić z punktu A do punktu B to bym kupił sobie tani bilet na samolot i sprawa załatwiona. Autostop jest przygodą samą w sobie - podróżą kulturoznawczą na przekór all inclusive i klepaniu tych samych schematów co wszyscy. Na serio następnym razem jadąc na zachód wywieszę sobię tabliczkę - "TAK, Wiem co to transport publiczny. TAK, stać mnie na bilet. NIE, nie chcę podwózki na dworzec"
Koniec końców przenieśliśmy się na stację benzynową - uzupełnić wodę i takie tam. Bardzo miły "Ciapaty" sprzedawca rodem z Algierii mówił świetnie po angielsku, również był zdziwiony naszym sposobem podróżowania i też wysyłał nas na pociąg. Nie pytaliśmy w jaki sposób wyemigrował z Algierii, bo nie wypada :P
Przy drodze krajowej na tej stacji też nam trochę zeszło, zanim zatrzymał się pierwszy samochód - Hiszpan, który jechał prościutko do Barcelony. Nawet by nam to pasowało, bo już mieliśmy powoli dosyć Francji, gdyby nie fakt, że miał tylko jedno wolne miejsce :( Później poleciało z górki i mimo tego, że niektóre nasze przejażdżki miały po 10 km to braliśmy wszystko jak leci, byle dalej. Z ciekawszych osób z tego odcinka drogi bardzo dobrze wspominam kolejnego przedstawiciela ludu bliskiego wschodu - gościa jarającego zielsko za kierownicą. Dał nam nawet trochę owoców na drogę! Fajne też były dwie prześliczne dziewczyny, z którymi jechaliśmy jakieś 5, może 7 km - specjalnie zawróciły, żeby nas podwieźć.
Dziwnym trafem znaleźliśmy się w miejscowości Ales oddalonej od autostrady
o jakieś 70 km na zachód. No cóż, byle dalej nie zawsze oznacza po drodze :P Mimo późnej pory i deszczu zdecydowaliśmy się łapać dalej - jak się nie uda to najwyżej pójdziemy do cyrku, który był niedaleko. Na pewno nas przyjmą pod "dach".
o jakieś 70 km na zachód. No cóż, byle dalej nie zawsze oznacza po drodze :P Mimo późnej pory i deszczu zdecydowaliśmy się łapać dalej - jak się nie uda to najwyżej pójdziemy do cyrku, który był niedaleko. Na pewno nas przyjmą pod "dach".
Na szczęście złapaliśmy super kolesia - Pozdrawiam Cię Fabien!!! Dał nam on po browarku, pogadaliśmy o jego podróżach i zaproponował podwózkę w okolice Montpellier. Momentami bałem się o swoje życie, bo mimo okropnej burzy, zerowej widoczności, rozklekotanego Peugeota i chujowej wycieraczki model gnał 100 km/h. Obyło się na szczęście bez przygód.
Z racji burzy Fabien zaoferował nam podwózkę do samego Montpellier nadrabiając przy tym z 70 km. Pamiętajcie - karma wraca. Jemu ktoś kiedyś pomógł
w podróży, on pomógł nam. Ja również staram się pomagać zagubionemu przybyszowi na dworcu centralnym, czy zdezorientowanemu japońskiemu nikoniarzowi na Nowym Świecie. Nasz kierowca oprócz podwiezienia nas na główną pętlę tramwajową dał nam do siebie namiary i zaoferował kimę w Paryżu, jeżeli kiedykolwiek będziemy jej potrzebować. Całe szczęście, że mieliśmy do niego numer, bo po 10 minutach od jego odjazdu skapnęliśmy się, że u niego w bagażniku został nasz namiot. Szybki telefon i mamy go z powrotem.
w podróży, on pomógł nam. Ja również staram się pomagać zagubionemu przybyszowi na dworcu centralnym, czy zdezorientowanemu japońskiemu nikoniarzowi na Nowym Świecie. Nasz kierowca oprócz podwiezienia nas na główną pętlę tramwajową dał nam do siebie namiary i zaoferował kimę w Paryżu, jeżeli kiedykolwiek będziemy jej potrzebować. Całe szczęście, że mieliśmy do niego numer, bo po 10 minutach od jego odjazdu skapnęliśmy się, że u niego w bagażniku został nasz namiot. Szybki telefon i mamy go z powrotem.
Następnym razem opowiem Wam trochę o włóczeniu się po Montpellier, pływających ulicach i prześmiesznej właścicielce hostelu :D
sobota, 9 lipca 2016
Francja to piękny kraj, tylko ludzie psują efekt
Siemaneczko mordeczki!
Tak, wiem, że od mojego ostatniego posta minęły ponad dwa miesiące, ale sporo się
u mnie pozmieniało. Z najważniejszych rzeczy - możecie już do mnie mówić Panie magistrze! :D
W dzisiejszych czasach można by się chwalić dopiero tytułem doktora, ale co mi tam.
Niniejszy post będzie zawierał sporo hejtu na pewien naród. Ogólnie nie lubię generalizować i staram się tego nie robić, więc jak zdarzy mi się ponarzekać na pewną grupę osób to proszę pamiętać, że każda reguła ma swoje wyjątki. Lecimy dalej
z opowieścią...
Jak przystało na podróżnika i couchsurfera zarazem nasza szwajcarska gospodyni była bardzo gościnna. Namawiała nas nawet, żebyśmy dłużej u niej posiedzieli, ale po pierwsze nie chcieliśmy nadużywać gościnności, a po drugie jak już wcześniej pisałem nie mamy tak jak niektórzy połowy roku na włóczenie się po świecie. Ruszyliśmy więc dalej
w drogę. Jeannine dała nam żarcie na drogę i podwiozła do autostrady. Na pewno się jeszcze spotkamy, dzięki za wszystko ;)
Szwajcarię udało się przejechać na dwa stopy. Pod Bernem musieliśmy łazić i pytać o podwózkę. Jako, że jest to niemieckojęzyczna część kraju, nie było z tym większego problemu - w końcu dwója z niemieckiego w sławetnym elitarnym liceum to już coś :P Dalej złapaliśmy panią, która zaoferowała nam podwózkę pod granicę z Francją - do Genewy. Pani oczywiście pochodziła z tej francuskojęzycznej części, więc angielskiego, ani niemieckiego ni w ząb. Swoją drogą to trochę dziwne - 70 % kraju mówi po niemiecku,
a Ci mówiący po francusku ignoranci nawet tego nie chcą ogarnąć. :/ Na szczęście miała ona męża hiszpana, więc jakoś tam udało się dogadać in español :) Ogólnie bardzo dumna ze swojego kraju osoba. Specjalnie dla nas zjechała z autostrady, żebyśmy mogli poczuć klimat górskich serpentyn i podziwiać widoki. Piękna trasa, na pewno chciałbym się z kimś jeszcze tymi widokami podzielić. Kiedyś tam wrócę.
Nasza kierowniczka chciała dobrze i nadrobiła specjalnie parę kilometrów, żeby nas wyrzucić na samiutkim przejściu granicznym. Niestety jest to kiepska miejscówka do łapania stopa - nie ma za bardzo gdzie się zatrzymać, a zaraz za przejściem jest wiadukt, gdzie wstęp jest surowo zabroniony. Nie mając innego wyboru musieliśmy się przedrzeć przez chaszcze na dół wiaduktu. Trafiliśmy na podwórko jakiejś firmy przewozowej, gdzie miły pan wytłumaczył nam, jak dotrzeć do miejscowości Saint Julien au Genevois.
Mała rada - nigdy nie pytajcie francuzów o drogę. Każdy, kogo pytaliśmy, jak dość do wylotu na autostradę, lub stacji benzynowej pokazywał nam inny kierunek. Aha - jadąc do tych ignorantów nauczcie się przynajmniej słów "Autoroute" i "poste d'essence". Inaczej przypał, nawet na migi ciężko się z nimi dogadać. Dopiero kasjerka w sklepie - młoda dziewczyna, która sama jeździ na stopa wydrukowała nam pusty paragon i narysowała mapkę do przystanku, z którego ona sama często łapie.
Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo zaraz trafił się podróżnik, który zrekompensował nam 2 godziny stracone w tym miasteczku. Z takimi osobami najłatwiej się dogadać, są ogarnięci, znają języki obce i jest z nimi mnóstwo tematów.
W końcu znaleźliśmy się na bramkach, gdzie udało nam się złapać stopa do Grenoble. Jakieś 5 km dalej zabraliśmy jeszcze młodego gościa, który chyba nam z nieba spadł, bo tłumaczył wszystko, co nasza Pani kierowniczka gadała. Owa pani - lat na oko 65+ wymyśliła nam wycieczkę krajoznawczą. O ile z będąc z tłumaczem było to dość ciekawe - dowiedzieliśmy się sporo o regionie Auvergne - Rhones - Alpes, o tyle kiedy ten ziomeczek wysiadł, zdani byliśmy tylko na siebie.
Objazd po Grenoble trwał grubo ponad godzinę. Zostaliśmy zbombardowani potokiem słów, z których nic nie wynikało. Owszem, miałem francuski w gimbazie, ale w tym momencie wyszła na jaw moja ignorancja i zbyt dużo się nie nauczyłem. Generalnie
o Grenoble nie dowiedziałem się nic. Pani starsza co jakiś czas się o coś pytała i była niesamowicie zdumiona, że nie potrafimy jej nic odpowiedzieć. Jak to? Przyjechali do Francji i jedyne co potrafią powiedzieć to Bonjour? Dziwaki...
Po tej jakże ciekawej wycieczce krajoznawczej zostaliśmy wysadzeni obok Porte de France na wylocie do miejscowości Valence. Nie czekaliśmy pięciu minut i zatrzymał nam się ojciec z córką. Dziewczyna mówiła świetnie po angielsku, ponieważ była szermierką
i jeździła na międzynarodowe zawody.
Jej ojczulek szydził trochę z Polski, że zimno, biednie i brzydko i że w ogóle mi się nie dziwi, że jadę na wakacje do Francji bo jest piękna. Oczywiście cała jego konwersacja z nami przechodziła przez jego córkę, bo kolunio nie umiał słowa po angielsku, w życiu nigdzie nie był. Zapytany przez nas, czemu nie rusza się z Francji stwierdził, że to najpiękniejszy kraj w Europie i że ma tutaj wszystko, czego turysta zapragnie, więc po co wyjeżdżać?
Serio? Ja rozumiem, że na zabitym dechami zadupiu mogą żyć ludzie, którzy nie mają ambicji poznawać innych kultur i otwierać umysłu na świat, ale żeby w XXI wieku w kraju, który uważa się za kulturalny i będący archetypem manier mieszkali tak zacofani ludzie to szok.
Nasza przygoda na ten dzień zakończyła się w miejscowości Valence, gdzie zostaliśmy podwiezieni przez wyżej wymienionego buca. Poprosiliśmy o podwózkę na bramki w stronę Montpellier. Nic to jednak nie dało, bo zostaliśmy upomnieni, przez policję, że nie wolno tam stać. Nie pozostało nam nic innego, niż przenieść się na krajówkę.
Do wieczora nie mogliśmy już nic złapać. Oczywiście co jakiś czas zatrzymywali się stereotypowi "Ciapaci", którzy podwieźliby nas i do samej Barcelony za odpowiednią opłatą.
Nie zrozumcie mnie źle - nie mam nic do ludzi z bliskiego wschodu. Mam gdzieś skąd jesteś i jak wyglądasz, jeżeli jesteś miły, uczciwie pracujesz i nie wykorzystujesz innych ludzi. Ci jednak zachowywali się podejrzanie i chcieli nas ewidentnie oskubać. Dziwnym trafem każdy, kto nam tego wieczoru proponował podwózkę za hajs, a było ich co najmniej czterech w ciągu jednej godziny wyglądał na Algierczyka lub innego Marokańczyka.
Około 22 odpuściliśmy sobie dalsze łapanie i zaczęliśmy szukać miejsca pod kimę. Przez miejscowość Valence przepływa rzeka Rodan, i byłoby to idealne miejsce na obóz, gdyby nie masa ludzi koczujących nad jej brzegiem (zgadnijcie kto? - mieliśmy już dziś
z nimi do czynienia). Znaleźliśmy więc kemping, który był, uwaga - ZAMKNIĘTY.
Nosz kurwa idzie zmęczony człowiek, chce im zapłacić za możliwość rozbicia namiotu
i skorzystania z prysznica, a Ci mówią, że po 22 nie kwaterują. To co, wszyscy mają się do tych nierobów dostosować? Będąc gościem tego kempingu nie mogę iść po 22 na miasto, bo pocałuję klamkę? Szczyt szczytów, mam nadzieję, że nie mają zbyt wielu klientów.
W końcu udało nam się wynegocjować wpuszczenie nas na obiekty sportowe i rozbiliśmy się na boisku do piłki nożnej.
Do tej pory wyjazd mi się mega podobał i byłem bardzo zadowolony. Nikt mnie tak nie wkurzył jak francuziki. A schody miały dopiero się zacząć...
Tak, wiem, że od mojego ostatniego posta minęły ponad dwa miesiące, ale sporo się
u mnie pozmieniało. Z najważniejszych rzeczy - możecie już do mnie mówić Panie magistrze! :D
W dzisiejszych czasach można by się chwalić dopiero tytułem doktora, ale co mi tam.
Niniejszy post będzie zawierał sporo hejtu na pewien naród. Ogólnie nie lubię generalizować i staram się tego nie robić, więc jak zdarzy mi się ponarzekać na pewną grupę osób to proszę pamiętać, że każda reguła ma swoje wyjątki. Lecimy dalej
z opowieścią...
Jak przystało na podróżnika i couchsurfera zarazem nasza szwajcarska gospodyni była bardzo gościnna. Namawiała nas nawet, żebyśmy dłużej u niej posiedzieli, ale po pierwsze nie chcieliśmy nadużywać gościnności, a po drugie jak już wcześniej pisałem nie mamy tak jak niektórzy połowy roku na włóczenie się po świecie. Ruszyliśmy więc dalej
w drogę. Jeannine dała nam żarcie na drogę i podwiozła do autostrady. Na pewno się jeszcze spotkamy, dzięki za wszystko ;)
Szwajcarię udało się przejechać na dwa stopy. Pod Bernem musieliśmy łazić i pytać o podwózkę. Jako, że jest to niemieckojęzyczna część kraju, nie było z tym większego problemu - w końcu dwója z niemieckiego w sławetnym elitarnym liceum to już coś :P Dalej złapaliśmy panią, która zaoferowała nam podwózkę pod granicę z Francją - do Genewy. Pani oczywiście pochodziła z tej francuskojęzycznej części, więc angielskiego, ani niemieckiego ni w ząb. Swoją drogą to trochę dziwne - 70 % kraju mówi po niemiecku,
a Ci mówiący po francusku ignoranci nawet tego nie chcą ogarnąć. :/ Na szczęście miała ona męża hiszpana, więc jakoś tam udało się dogadać in español :) Ogólnie bardzo dumna ze swojego kraju osoba. Specjalnie dla nas zjechała z autostrady, żebyśmy mogli poczuć klimat górskich serpentyn i podziwiać widoki. Piękna trasa, na pewno chciałbym się z kimś jeszcze tymi widokami podzielić. Kiedyś tam wrócę.
Nasza kierowniczka chciała dobrze i nadrobiła specjalnie parę kilometrów, żeby nas wyrzucić na samiutkim przejściu granicznym. Niestety jest to kiepska miejscówka do łapania stopa - nie ma za bardzo gdzie się zatrzymać, a zaraz za przejściem jest wiadukt, gdzie wstęp jest surowo zabroniony. Nie mając innego wyboru musieliśmy się przedrzeć przez chaszcze na dół wiaduktu. Trafiliśmy na podwórko jakiejś firmy przewozowej, gdzie miły pan wytłumaczył nam, jak dotrzeć do miejscowości Saint Julien au Genevois.
Mała rada - nigdy nie pytajcie francuzów o drogę. Każdy, kogo pytaliśmy, jak dość do wylotu na autostradę, lub stacji benzynowej pokazywał nam inny kierunek. Aha - jadąc do tych ignorantów nauczcie się przynajmniej słów "Autoroute" i "poste d'essence". Inaczej przypał, nawet na migi ciężko się z nimi dogadać. Dopiero kasjerka w sklepie - młoda dziewczyna, która sama jeździ na stopa wydrukowała nam pusty paragon i narysowała mapkę do przystanku, z którego ona sama często łapie.
Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo zaraz trafił się podróżnik, który zrekompensował nam 2 godziny stracone w tym miasteczku. Z takimi osobami najłatwiej się dogadać, są ogarnięci, znają języki obce i jest z nimi mnóstwo tematów.
W końcu znaleźliśmy się na bramkach, gdzie udało nam się złapać stopa do Grenoble. Jakieś 5 km dalej zabraliśmy jeszcze młodego gościa, który chyba nam z nieba spadł, bo tłumaczył wszystko, co nasza Pani kierowniczka gadała. Owa pani - lat na oko 65+ wymyśliła nam wycieczkę krajoznawczą. O ile z będąc z tłumaczem było to dość ciekawe - dowiedzieliśmy się sporo o regionie Auvergne - Rhones - Alpes, o tyle kiedy ten ziomeczek wysiadł, zdani byliśmy tylko na siebie.
Objazd po Grenoble trwał grubo ponad godzinę. Zostaliśmy zbombardowani potokiem słów, z których nic nie wynikało. Owszem, miałem francuski w gimbazie, ale w tym momencie wyszła na jaw moja ignorancja i zbyt dużo się nie nauczyłem. Generalnie
o Grenoble nie dowiedziałem się nic. Pani starsza co jakiś czas się o coś pytała i była niesamowicie zdumiona, że nie potrafimy jej nic odpowiedzieć. Jak to? Przyjechali do Francji i jedyne co potrafią powiedzieć to Bonjour? Dziwaki...
Po tej jakże ciekawej wycieczce krajoznawczej zostaliśmy wysadzeni obok Porte de France na wylocie do miejscowości Valence. Nie czekaliśmy pięciu minut i zatrzymał nam się ojciec z córką. Dziewczyna mówiła świetnie po angielsku, ponieważ była szermierką
i jeździła na międzynarodowe zawody.
Jej ojczulek szydził trochę z Polski, że zimno, biednie i brzydko i że w ogóle mi się nie dziwi, że jadę na wakacje do Francji bo jest piękna. Oczywiście cała jego konwersacja z nami przechodziła przez jego córkę, bo kolunio nie umiał słowa po angielsku, w życiu nigdzie nie był. Zapytany przez nas, czemu nie rusza się z Francji stwierdził, że to najpiękniejszy kraj w Europie i że ma tutaj wszystko, czego turysta zapragnie, więc po co wyjeżdżać?
Serio? Ja rozumiem, że na zabitym dechami zadupiu mogą żyć ludzie, którzy nie mają ambicji poznawać innych kultur i otwierać umysłu na świat, ale żeby w XXI wieku w kraju, który uważa się za kulturalny i będący archetypem manier mieszkali tak zacofani ludzie to szok.
Nasza przygoda na ten dzień zakończyła się w miejscowości Valence, gdzie zostaliśmy podwiezieni przez wyżej wymienionego buca. Poprosiliśmy o podwózkę na bramki w stronę Montpellier. Nic to jednak nie dało, bo zostaliśmy upomnieni, przez policję, że nie wolno tam stać. Nie pozostało nam nic innego, niż przenieść się na krajówkę.
Do wieczora nie mogliśmy już nic złapać. Oczywiście co jakiś czas zatrzymywali się stereotypowi "Ciapaci", którzy podwieźliby nas i do samej Barcelony za odpowiednią opłatą.
Nie zrozumcie mnie źle - nie mam nic do ludzi z bliskiego wschodu. Mam gdzieś skąd jesteś i jak wyglądasz, jeżeli jesteś miły, uczciwie pracujesz i nie wykorzystujesz innych ludzi. Ci jednak zachowywali się podejrzanie i chcieli nas ewidentnie oskubać. Dziwnym trafem każdy, kto nam tego wieczoru proponował podwózkę za hajs, a było ich co najmniej czterech w ciągu jednej godziny wyglądał na Algierczyka lub innego Marokańczyka.
Około 22 odpuściliśmy sobie dalsze łapanie i zaczęliśmy szukać miejsca pod kimę. Przez miejscowość Valence przepływa rzeka Rodan, i byłoby to idealne miejsce na obóz, gdyby nie masa ludzi koczujących nad jej brzegiem (zgadnijcie kto? - mieliśmy już dziś
z nimi do czynienia). Znaleźliśmy więc kemping, który był, uwaga - ZAMKNIĘTY.
Nosz kurwa idzie zmęczony człowiek, chce im zapłacić za możliwość rozbicia namiotu
i skorzystania z prysznica, a Ci mówią, że po 22 nie kwaterują. To co, wszyscy mają się do tych nierobów dostosować? Będąc gościem tego kempingu nie mogę iść po 22 na miasto, bo pocałuję klamkę? Szczyt szczytów, mam nadzieję, że nie mają zbyt wielu klientów.
W końcu udało nam się wynegocjować wpuszczenie nas na obiekty sportowe i rozbiliśmy się na boisku do piłki nożnej.
Do tej pory wyjazd mi się mega podobał i byłem bardzo zadowolony. Nikt mnie tak nie wkurzył jak francuziki. A schody miały dopiero się zacząć...
środa, 20 kwietnia 2016
Gesundheit!
Dzień dobry, cześć i czołem!
Częstotliwość mojego pisania tutaj zmniejsza się wraz ze zbliżającym się terminem oddania pracy dyplomowej. Ale cóż, proza życia.
Wracając do tematu Szwajcarii.....
Do miejscowości Burgdorf, w której mieszkała ta szalona banda, o której była mowa wcześniej dojechaliśmy ok 18. Jako, że byliśmy zmęczeni staniem 3,5 h w oczekiwaniu
na stopa nie mieliśmy najmniejszej ochoty na zwiedzanie. W głowie siedział tylko prysznic
i browar.
Nasi gospodarze ugościli nas po mistrzowsku. Tutaj kolejna wskazówka: Nie bądźcie cebulakami, dajcie coś od siebie. Ktoś dla Was gotuje? - pozmywajcie gary; macie zaproszenie na domówkę? - zróbcie sałatkę, co najmniej przynieście flaszkę; zostawcie jakąś pamiątkę po sobie Waszemu gospodarzowi, u którego kimacie. Ogólnie
nie wykorzystujcie zanadto dobroci innych ludzi.
Wspomniana lodówka z napojami prezentowała się następująco:
Dolna półka z czerwonymi browarami, była ogólnodostępna. Po prostu każdy mieszkaniec wiedział, kiedy jest jego kolej, aby uzupełnić zapasy. Goście brali jak chcieli, ale obok lodówy leżała skarbonka - jeżeli poczuwałeś się do tego, żeby coś do niej wrzucić,
to wrzucałeś. Coś jak automat, tyle, że z browarami :D
Kwestia krzaczków rosnących sobie na balkonie - każdy chyba wie, o co chodzi ^^.
Od 2013 posiadanie małych ilości na własny użytek oraz uprawa na potrzeby własne
nie jest tam przestępstwem, więc wszystko spoko :). Gorzej, jak ktoś Was złapie na ulicy - wtedy mandat 100 franków.
Po nabraniu sił w towarzystwie naszych gospodarzy przyszła nam ochota na zwiedzanie. Dziewczyna, która nas podwiozła zabrała nas do cyrku. Nie był to jednak taki cyrk, jaki znamy z Polski. To była po prostu grupa zapaleńców, którzy jeżdżą po kraju z występami. Nie ma tam zwierząt. Po pierwsze nie uznają wykorzystywania zwierzaczków w ten sposób, a po drugie nie zmieściłyby się - cały cyrk to było kilka starych dostawczaków
z pakami przerobionymi na baraki mieszkalne, ze dwa ciągniki, jedna scena na powietrzu
i jedna scena pod namiotem wielkości większego pawilonu ogrodowego.
Wielki szacun dla tych cyrkowców. Co prawda Szwajcaria nie jest dużym krajem,
a występowali tylko tam, aczkolwiek poziom ich życiowego ogarnięcia, umiejętności odnajdywania się w różnych sytuacjach związanych z organizacją tego całego majdanu
no i warunki, jakie sobie zapewniają wzbudzają podziw. Oni z kolei byli zachwyceni nami - dwóch pojebów jedzie sobie na stopa, nie mają pojęcia gdzie ich poniesie i śpią gdzie popadnie :). Faktem, że ich koleżanka podebrała nas z ulicy i zaprosiła do siebie w ogóle nie byli zdziwieni - taka już jest :D.
Tutaj też zostaliśmy gorąco przyjęci - piwko, grill, kolacja, śpiewy. Wakacje w najczystszej postaci.
Wtedy zdecydowaliśmy, że ulegniemy namowom i zostaniemy jeszcze jeden dzień.
Następnego dnia nasza gospodyni zorganizowała nam rowery i pojechaliśmy w góry. Zwiedziliśmy sobie miasteczko, fabrykę sera, wykąpaliśmy się w rzece. Generalnie dzień pełen wrażeń. Bez turystów, bez wszędobylskiego ścisku na szlakach - tak, jak powinny wyglądać górskie wycieczki. Podejrzewam też, że gdybym w polskich górach wskoczył gdzieś do rzeczki, albo strumienia to też dostałbym jakąś działę za to. W końcu park narodowy, co nie? W Alpach mieli to gdzieś. Każdy się kąpał, woda przejrzysta - wejdziesz po sam ryj i widzisz swoje stopy. Potrzebowałem tego po dwóch dniach stania przy trasie.
Pod wieczór cyrkowcy grali w piłę. Ale nie tak normalnie jak my - każda drużyna miała jakiś motyw - disco - boye, jakieś kruki, diabły itd. Wszyscy byli poprzebierani i przed graniem robili występy.
Wyobraźcie sobie typów drących ryja "kra, kra" i udających kruki, kolesi w szeleszczących foliach i legginsach oraz typa w kartonie, który przebrany był za głośnik. Dodaję, że oni w tych strojach grali w gałę. Dobre pojeby :) Ale strasznie pozytywni i będzie to chyba jedno
z moich najlepszych wspomnień z tamtych wakacji.
Po całym tym meczu znowu zrobiliśmy melanż w cyrku. Mała rada - kupujcie alko wcześniej. Wiem, że polskie przyzwyczajenia są takie, że kupi się pół litra teraz, a potem się zobaczy bo do nocnego blisko. Tam po pewnej godzinie otwarte są tylko restauracje. Jeżeli nie chcecie płacić 10 franków za małego browara (no co? Mnie wcześniej postawili, to nie będę gorszy) zróbcie zakupy w "Migrosie" (ichniejsza biedra) przed zamknięciem.
Później Wam opowiem o przebijaniu się do Francji i o samej cholernej Francji.
Trzymcie się, cześć!
Częstotliwość mojego pisania tutaj zmniejsza się wraz ze zbliżającym się terminem oddania pracy dyplomowej. Ale cóż, proza życia.
Wracając do tematu Szwajcarii.....
Do miejscowości Burgdorf, w której mieszkała ta szalona banda, o której była mowa wcześniej dojechaliśmy ok 18. Jako, że byliśmy zmęczeni staniem 3,5 h w oczekiwaniu
na stopa nie mieliśmy najmniejszej ochoty na zwiedzanie. W głowie siedział tylko prysznic
i browar.
Nasi gospodarze ugościli nas po mistrzowsku. Tutaj kolejna wskazówka: Nie bądźcie cebulakami, dajcie coś od siebie. Ktoś dla Was gotuje? - pozmywajcie gary; macie zaproszenie na domówkę? - zróbcie sałatkę, co najmniej przynieście flaszkę; zostawcie jakąś pamiątkę po sobie Waszemu gospodarzowi, u którego kimacie. Ogólnie
nie wykorzystujcie zanadto dobroci innych ludzi.
Wspomniana lodówka z napojami prezentowała się następująco:
Dolna półka z czerwonymi browarami, była ogólnodostępna. Po prostu każdy mieszkaniec wiedział, kiedy jest jego kolej, aby uzupełnić zapasy. Goście brali jak chcieli, ale obok lodówy leżała skarbonka - jeżeli poczuwałeś się do tego, żeby coś do niej wrzucić,
to wrzucałeś. Coś jak automat, tyle, że z browarami :D
Kwestia krzaczków rosnących sobie na balkonie - każdy chyba wie, o co chodzi ^^.
Od 2013 posiadanie małych ilości na własny użytek oraz uprawa na potrzeby własne
nie jest tam przestępstwem, więc wszystko spoko :). Gorzej, jak ktoś Was złapie na ulicy - wtedy mandat 100 franków.
Po nabraniu sił w towarzystwie naszych gospodarzy przyszła nam ochota na zwiedzanie. Dziewczyna, która nas podwiozła zabrała nas do cyrku. Nie był to jednak taki cyrk, jaki znamy z Polski. To była po prostu grupa zapaleńców, którzy jeżdżą po kraju z występami. Nie ma tam zwierząt. Po pierwsze nie uznają wykorzystywania zwierzaczków w ten sposób, a po drugie nie zmieściłyby się - cały cyrk to było kilka starych dostawczaków
z pakami przerobionymi na baraki mieszkalne, ze dwa ciągniki, jedna scena na powietrzu
i jedna scena pod namiotem wielkości większego pawilonu ogrodowego.
Wielki szacun dla tych cyrkowców. Co prawda Szwajcaria nie jest dużym krajem,
a występowali tylko tam, aczkolwiek poziom ich życiowego ogarnięcia, umiejętności odnajdywania się w różnych sytuacjach związanych z organizacją tego całego majdanu
no i warunki, jakie sobie zapewniają wzbudzają podziw. Oni z kolei byli zachwyceni nami - dwóch pojebów jedzie sobie na stopa, nie mają pojęcia gdzie ich poniesie i śpią gdzie popadnie :). Faktem, że ich koleżanka podebrała nas z ulicy i zaprosiła do siebie w ogóle nie byli zdziwieni - taka już jest :D.
Tutaj też zostaliśmy gorąco przyjęci - piwko, grill, kolacja, śpiewy. Wakacje w najczystszej postaci.
Wtedy zdecydowaliśmy, że ulegniemy namowom i zostaniemy jeszcze jeden dzień.
Następnego dnia nasza gospodyni zorganizowała nam rowery i pojechaliśmy w góry. Zwiedziliśmy sobie miasteczko, fabrykę sera, wykąpaliśmy się w rzece. Generalnie dzień pełen wrażeń. Bez turystów, bez wszędobylskiego ścisku na szlakach - tak, jak powinny wyglądać górskie wycieczki. Podejrzewam też, że gdybym w polskich górach wskoczył gdzieś do rzeczki, albo strumienia to też dostałbym jakąś działę za to. W końcu park narodowy, co nie? W Alpach mieli to gdzieś. Każdy się kąpał, woda przejrzysta - wejdziesz po sam ryj i widzisz swoje stopy. Potrzebowałem tego po dwóch dniach stania przy trasie.
Pod wieczór cyrkowcy grali w piłę. Ale nie tak normalnie jak my - każda drużyna miała jakiś motyw - disco - boye, jakieś kruki, diabły itd. Wszyscy byli poprzebierani i przed graniem robili występy.
Wyobraźcie sobie typów drących ryja "kra, kra" i udających kruki, kolesi w szeleszczących foliach i legginsach oraz typa w kartonie, który przebrany był za głośnik. Dodaję, że oni w tych strojach grali w gałę. Dobre pojeby :) Ale strasznie pozytywni i będzie to chyba jedno
z moich najlepszych wspomnień z tamtych wakacji.
Po całym tym meczu znowu zrobiliśmy melanż w cyrku. Mała rada - kupujcie alko wcześniej. Wiem, że polskie przyzwyczajenia są takie, że kupi się pół litra teraz, a potem się zobaczy bo do nocnego blisko. Tam po pewnej godzinie otwarte są tylko restauracje. Jeżeli nie chcecie płacić 10 franków za małego browara (no co? Mnie wcześniej postawili, to nie będę gorszy) zróbcie zakupy w "Migrosie" (ichniejsza biedra) przed zamknięciem.
Później Wam opowiem o przebijaniu się do Francji i o samej cholernej Francji.
Trzymcie się, cześć!
środa, 6 kwietnia 2016
Plany planami, ale spontan zawsze w cenie
Dzień dobry, cześć i czołem!
Pewnie zapytacie co tak cholernie długo bez posta. Aktualnie znajduję się na etapie "muszę pisać magisterkę" tzn. gonią mnie terminy, coś tam popiszę, poanalizuję różne dane itd.
I tak wszystko sprowadza się do łażenia po akademiku w poszukiwaniu kompanów
do tzw. "piżdżenia" tudzież "pierdzielenia głupot".
Korzystając więc z chwili psychicznego relaksu podzielę się z Wami kolejnym dniem moich przygód.
Po spiciu piwerka z drugim pokoleniem emigrantów wziąłem sobie zimny prysznic (nie będę płacił eurasa za minutę ciepłej wody) i w kimonko. Kempingi to zarąbista sprawa - w Reichu doba wychodzi jakieś 8 euro za osobę, więc jak sobie odpuścicie jeden obiad w makusiu to macie za co kimać w cywilizowanych warunkach. Jest kuchnia, jest źródło pitnej wody, kibelki, prąd - wszystko, czego potrzeba.
Opuszczając kemping zaczęliśmy kminić, jak tu się dostać z powrotem na autostradę. Załatwiła to pewna młoda Niemka, która widząc parę pojebów w kapeluszach i z wielkimi plecakami zaproponowała nam podwózkę do głównej drogi.
Dalej był mały problem, ponieważ skończyły nam się kartony, na których pisaliśmy nazwę miejscowości, a ciapaty sprzedawca z marketu nie chciał nam dać, bo twierdził, że mu potrzebne. Wielki kosz ze starymi kartonami za sklepem był niestety zamknięty na klucz. Ok rozumiem tę ideę na blokowiskach - za wywóz śmieci się płaci, a często przychodzą ludzie z innego bloku i podrzucają swoje odpadki. Pełna zgoda na zamykanie koszy.
Ale po cholerę zamykać śmietasa na autostradzie, gdzie jedynym podmiotem z niego korzystającym jest ten CPN - o - market ? Może po to, żeby nikt im tych śmieci nie kradł, tak jak my to zrobiliśmy? Cholera wie. W każdym razie kiedy ciapaty poszedł wynieść śmieci (na szczęście jakieś 10 minut po wcześniejszej rozmowie) wbiliśmy się razem z nim i zarąbaliśmy sporą liczbę tektury. Mogliśmy jechać dalej.
Jak tylko napisaliśmy "Karlsruhe" zaraz zatrzymał się kuc z mnóstwem opasek z festiwali w stylu "Brutal Assault" itd. Może spotkam się z nim w tym roku na Woodzie,
bo zrobiłem naszemu kostrzyńskiemu przystankowi taką reklamę, że Owsiak to mnie powinien po rękach całować :D. Dalej zatrzymała się na prawdę fajna blondyneczka, która stwierdziła, że wyglądamy tak przekomicznie, że nie możemy być niebezpieczni. Musiała wyczuć, że jest brana pod uwagę, bo niby od niechcenia użyła kilka razy w zdaniu słowa "My Boyfriend" :P I tu znowu reklama naszego pięknego kraju poszła w ruch. Jako, że dziewczyna była zapaloną żeglarką, to co można jej polecić?
Oczywiście, że Mazury! Jak to się mówi - "Tylko Niemca stać na wakacje w Polsce" :) Niech przyjeżdżają i zostawiają hajsik.
Na granicę z Francją w okolice Freiburga dojechaliśmy jak się okazało o najgorszej porze. Oczywiście porównać tamtą częstotliwość przejeżdżania samochodów z częstotliwością
z jaką spotkał się pewien podróżnik na wschodzie Rosji to jak porównywać Al. Jerozolimskie o 16 z Inowrocławiem po 20, niemniej jednak ruch był znikomy. W takich sytuacjach zaczyna się myśleć, jaka jest najbardziej efektywna forma łapania stopa. Odpowiedź jest bardzo prosta: Nie ma reguły. Czasem podejdziesz do pierwszego napotkanego gościa
i on Cię zabierze, a czasem ślęczysz z kartonem przez pół godziny. Trzeba próbować wszystkiego.
W każdym razie na tej stacji spędziliśmy ponad 3 godziny. Do ciężarówek to mieliśmy tego lata nieprawdopodobnego pecha - zawsze kurde pauza. Nie bądźcie głupi - nie czekajcie na gościa, który rusza za 3, 4 godziny tylko dlatego, że jedzie tam, gdzie Wy chcecie.
Spotkaliśmy również Rumunów, którzy władając perfekcyjnym hiszpańskim zaproponowali 100 euro za podwózkę do samej Barcelony. Nie na tym polega ta zabawa. Gdybym miał 100 euro do wydania, to mógłbym kupić za to bilet lotniczy z Polski i z powrotem. Znając mnie i tak pewnie przepierdzieliłbym na lokalne żarcie i trunki :D
Tutaj chciałbym się zatrzymać nad stereotypami - nie cierpię stereotypów, niemniej jednak niektóre określenia, aż się proszą. Proszę więc wybaczcie wpisywanie ludzi w schematy. Jeżeli zdarzy mi się napisać "Francuz to pizda", "Ruski pije", albo "Polak to złodziej" to
w domyśle proszę sobie dodać "nie każdy"
W końcu zatrzymała nam się dziewczyna, która zaproponowała nam podwózkę do Basel, mimo tego, że chcieliśmy się dostać do Francji. Szwajcaria w ogóle nie była w planie. Między innymi z uwagi na ubezpieczenie. Na terenie Unii przysługuje mi leczenie, ale
w Szwajcarii może być różnie. Pamiętam, jak będąc na nartach w szwajcarskim kantonie Valais koleżance policzyli 6000 franków za złamany nos, mimo, że nie zrobili jej z tym nosem nic poza prześwietleniem i podaniem tabletki przeciwbólowej. Wolałem tego uniknąć. Z drugiej strony Brian był na obcym kontynencie, do domu miał jakieś 10 000 km
i się o to nie martwił, więc co ja mam się przejmować?
Pojechanie do tej Szwajcarii to była najlepsza decyzja tego lata. Okazało się, że dziewczyna, która nas zabrała to również Couchsurferka - zaproponowała nam kimę, szamę i imprezkę.
Trafiliśmy na zajebistych ludzi - otwarty dom, nie wiadomo czyj. W kuchni lodówka sklepowa pełna browarów, na balkonie dwa świetne krzaczki, nikt nie zamyka drzwi, kto przyjdzie na melanż to tam śpi. Ogólnie wolni ludzie, przedstawiciele wolnych zawodów, szefowie sami sobie.
W ogóle nie było żadnego zdziwienia, że podebrani z ulicy ludzie będą dzisiaj z nimi się bawić i u nich nocować. Lubię ten kraj. Przestępczość jest najmniejsza w Europie, poziom otwartości ludzi jest wybitnie mało zachodni. Tylko ceny dosłownie wszystkiego przytłaczają. Da się jednak znaleźć ichniejsze dyskonty, w których bywa znośnie.
O szwajcarskim melanżyku i zwiedzaniu przepięknego regionu, jakim są Alpy Berneńskie opowiem Wam następnym razem. BAJO!
Pewnie zapytacie co tak cholernie długo bez posta. Aktualnie znajduję się na etapie "muszę pisać magisterkę" tzn. gonią mnie terminy, coś tam popiszę, poanalizuję różne dane itd.
I tak wszystko sprowadza się do łażenia po akademiku w poszukiwaniu kompanów
do tzw. "piżdżenia" tudzież "pierdzielenia głupot".
Korzystając więc z chwili psychicznego relaksu podzielę się z Wami kolejnym dniem moich przygód.
Po spiciu piwerka z drugim pokoleniem emigrantów wziąłem sobie zimny prysznic (nie będę płacił eurasa za minutę ciepłej wody) i w kimonko. Kempingi to zarąbista sprawa - w Reichu doba wychodzi jakieś 8 euro za osobę, więc jak sobie odpuścicie jeden obiad w makusiu to macie za co kimać w cywilizowanych warunkach. Jest kuchnia, jest źródło pitnej wody, kibelki, prąd - wszystko, czego potrzeba.
Opuszczając kemping zaczęliśmy kminić, jak tu się dostać z powrotem na autostradę. Załatwiła to pewna młoda Niemka, która widząc parę pojebów w kapeluszach i z wielkimi plecakami zaproponowała nam podwózkę do głównej drogi.
Dalej był mały problem, ponieważ skończyły nam się kartony, na których pisaliśmy nazwę miejscowości, a ciapaty sprzedawca z marketu nie chciał nam dać, bo twierdził, że mu potrzebne. Wielki kosz ze starymi kartonami za sklepem był niestety zamknięty na klucz. Ok rozumiem tę ideę na blokowiskach - za wywóz śmieci się płaci, a często przychodzą ludzie z innego bloku i podrzucają swoje odpadki. Pełna zgoda na zamykanie koszy.
Ale po cholerę zamykać śmietasa na autostradzie, gdzie jedynym podmiotem z niego korzystającym jest ten CPN - o - market ? Może po to, żeby nikt im tych śmieci nie kradł, tak jak my to zrobiliśmy? Cholera wie. W każdym razie kiedy ciapaty poszedł wynieść śmieci (na szczęście jakieś 10 minut po wcześniejszej rozmowie) wbiliśmy się razem z nim i zarąbaliśmy sporą liczbę tektury. Mogliśmy jechać dalej.
Jak tylko napisaliśmy "Karlsruhe" zaraz zatrzymał się kuc z mnóstwem opasek z festiwali w stylu "Brutal Assault" itd. Może spotkam się z nim w tym roku na Woodzie,
bo zrobiłem naszemu kostrzyńskiemu przystankowi taką reklamę, że Owsiak to mnie powinien po rękach całować :D. Dalej zatrzymała się na prawdę fajna blondyneczka, która stwierdziła, że wyglądamy tak przekomicznie, że nie możemy być niebezpieczni. Musiała wyczuć, że jest brana pod uwagę, bo niby od niechcenia użyła kilka razy w zdaniu słowa "My Boyfriend" :P I tu znowu reklama naszego pięknego kraju poszła w ruch. Jako, że dziewczyna była zapaloną żeglarką, to co można jej polecić?
Oczywiście, że Mazury! Jak to się mówi - "Tylko Niemca stać na wakacje w Polsce" :) Niech przyjeżdżają i zostawiają hajsik.
Na granicę z Francją w okolice Freiburga dojechaliśmy jak się okazało o najgorszej porze. Oczywiście porównać tamtą częstotliwość przejeżdżania samochodów z częstotliwością
z jaką spotkał się pewien podróżnik na wschodzie Rosji to jak porównywać Al. Jerozolimskie o 16 z Inowrocławiem po 20, niemniej jednak ruch był znikomy. W takich sytuacjach zaczyna się myśleć, jaka jest najbardziej efektywna forma łapania stopa. Odpowiedź jest bardzo prosta: Nie ma reguły. Czasem podejdziesz do pierwszego napotkanego gościa
i on Cię zabierze, a czasem ślęczysz z kartonem przez pół godziny. Trzeba próbować wszystkiego.
W każdym razie na tej stacji spędziliśmy ponad 3 godziny. Do ciężarówek to mieliśmy tego lata nieprawdopodobnego pecha - zawsze kurde pauza. Nie bądźcie głupi - nie czekajcie na gościa, który rusza za 3, 4 godziny tylko dlatego, że jedzie tam, gdzie Wy chcecie.
Spotkaliśmy również Rumunów, którzy władając perfekcyjnym hiszpańskim zaproponowali 100 euro za podwózkę do samej Barcelony. Nie na tym polega ta zabawa. Gdybym miał 100 euro do wydania, to mógłbym kupić za to bilet lotniczy z Polski i z powrotem. Znając mnie i tak pewnie przepierdzieliłbym na lokalne żarcie i trunki :D
Tutaj chciałbym się zatrzymać nad stereotypami - nie cierpię stereotypów, niemniej jednak niektóre określenia, aż się proszą. Proszę więc wybaczcie wpisywanie ludzi w schematy. Jeżeli zdarzy mi się napisać "Francuz to pizda", "Ruski pije", albo "Polak to złodziej" to
w domyśle proszę sobie dodać "nie każdy"
W końcu zatrzymała nam się dziewczyna, która zaproponowała nam podwózkę do Basel, mimo tego, że chcieliśmy się dostać do Francji. Szwajcaria w ogóle nie była w planie. Między innymi z uwagi na ubezpieczenie. Na terenie Unii przysługuje mi leczenie, ale
w Szwajcarii może być różnie. Pamiętam, jak będąc na nartach w szwajcarskim kantonie Valais koleżance policzyli 6000 franków za złamany nos, mimo, że nie zrobili jej z tym nosem nic poza prześwietleniem i podaniem tabletki przeciwbólowej. Wolałem tego uniknąć. Z drugiej strony Brian był na obcym kontynencie, do domu miał jakieś 10 000 km
i się o to nie martwił, więc co ja mam się przejmować?
Pojechanie do tej Szwajcarii to była najlepsza decyzja tego lata. Okazało się, że dziewczyna, która nas zabrała to również Couchsurferka - zaproponowała nam kimę, szamę i imprezkę.
Trafiliśmy na zajebistych ludzi - otwarty dom, nie wiadomo czyj. W kuchni lodówka sklepowa pełna browarów, na balkonie dwa świetne krzaczki, nikt nie zamyka drzwi, kto przyjdzie na melanż to tam śpi. Ogólnie wolni ludzie, przedstawiciele wolnych zawodów, szefowie sami sobie.
W ogóle nie było żadnego zdziwienia, że podebrani z ulicy ludzie będą dzisiaj z nimi się bawić i u nich nocować. Lubię ten kraj. Przestępczość jest najmniejsza w Europie, poziom otwartości ludzi jest wybitnie mało zachodni. Tylko ceny dosłownie wszystkiego przytłaczają. Da się jednak znaleźć ichniejsze dyskonty, w których bywa znośnie.
O szwajcarskim melanżyku i zwiedzaniu przepięknego regionu, jakim są Alpy Berneńskie opowiem Wam następnym razem. BAJO!
piątek, 18 marca 2016
Fahren Sie nach Nürnberg ?
Czołem!
Dawno mnie nie było, pochłonęło mnie szusowanie we francuskich Alpach. Bardzo fajne stoki, tylko naród dziwny, ale to później :P
Wiecie już jak się jeździ po Polsce, więc jak to mówił ojciec "Bolca" w znanej komedii pora "opuścić ciepły kurwidołek" :D. Tak więc przed Wami pierwszy dzień moich zeszłorocznych zmagań.
Najpierw jednak opowiem Wam jak to się stało, że nie pojechałem sam. Początkowy plan to zero planów - kompletnie krzywy ryj. Jako, że mam dość długi jęzor,
co z resztą duża część z Was zdążyła już pewnie zauważyć - powiedziałem o mojej wyprawie wielu znajomym. Tak się złożyło, że uczestniczę w spotkaniach społeczności portalu Couchsurfing.com więc siłą rzeczy kilkoro jej członków również zostało wtajemniczonych w temat.
co z resztą duża część z Was zdążyła już pewnie zauważyć - powiedziałem o mojej wyprawie wielu znajomym. Tak się złożyło, że uczestniczę w spotkaniach społeczności portalu Couchsurfing.com więc siłą rzeczy kilkoro jej członków również zostało wtajemniczonych w temat.
Znalazł się tam ziomeczek z Meksyku, który robił w Polsce wolontariat z organizacji AIESEC i akurat kończył mu się turnus. Okazało się, że tak jak ja ma cały sierpień wolny, bo bilet powrotny do Mexico City ma dopiero we wrześniu. Zapytał mnie, czy może ze mną jechać na tego stopa do Hiszpanii. Kurde, czemu nie? We dwóch zawsze raźniej, nigdy nie byłem w Hiszpanii, więc nie wiem, czy rozmawiają po angielsku, a warto mieć native speakera na podorędziu :) Dogadaliśmy szczegóły przy browarku i heja!
Pierwszy dzień naszej przygody, to polski obiad u mojej Mamy, wycieczka po Inowrocławiu, browarek na ryneczku i wódeczka w kuchni. Jaki ja byłem zadowolony,
że po tylu wizytach u kogoś w końcu mam okazję gościć kogoś u siebie! Już nie mogę się doczekać wyprowadzki z akademika, odliczam dni ;) Konto na couchu zacznie wreszcie działać w obie strony.
że po tylu wizytach u kogoś w końcu mam okazję gościć kogoś u siebie! Już nie mogę się doczekać wyprowadzki z akademika, odliczam dni ;) Konto na couchu zacznie wreszcie działać w obie strony.
Następnego dnia z wypakowanymi plecakami, w idiotycznych kapeluszach (mój to jeszcze jako tako, Brian miał wielgachne Sombrero) z samego rana lecimy na przystanek, żeby dostać się na wylotówkę z miasta
Oczywiście w autobusie mpk linii 16 do jedynej słusznej robotniczej dzielnicy wzbudzaliśmy niemałe zainteresowanie. Jak zwykle znaleźli się Janusze, dla których wielką sensacją jest, gdy ktoś gada po angielsku, dresiarskie gimby patrzące spode łba
i typy pukające się w czoło. Najmilej mi się zrobiło, gdy podbiła do nas starsza pani
i życzyła miłych wakacji :) Jedno miłe słowo warte jest o wiele więcej niż masa hejterskich spojrzeń.
i typy pukające się w czoło. Najmilej mi się zrobiło, gdy podbiła do nas starsza pani
i życzyła miłych wakacji :) Jedno miłe słowo warte jest o wiele więcej niż masa hejterskich spojrzeń.
Po wyjściu z autobusu mieliśmy jeszcze z kilometr do przejścia. Ważna rzecz - jeśli ktoś Was wysadzi pośrodku miasta obczajcie sobie autobus na przedmieścia. Dobre miejscówy do łapania stopa możecie znaleźć na portalu hitchwiki.org
Po wyciągnięciu tabliczki z napisem "POZNAŃ" staliśmy może ze 20 min, większość samochodów wskazywała palcem do dołu, co znaczy, że są miejscowi i nie jadą daleko. Zatrzymała się nowiutka astra z literką "B" na blachach. Myślę sobie: "kurde co to za blachy, Białoruś? Po rusku mam gadać?" No debil, jakbym nie widział białoruskich tablic
w każdą niedzielę w okolicach giełdy.
w każdą niedzielę w okolicach giełdy.
Pierdzielę w Polsce jestem, po polsku będę gadał. Koleś powiedział, że podwiezie nas
do Gniezna, bo dalej wbija się na autostradę i do Poznania nie będzie skręcał. Po drodze wyszło, że jedzie do Belgii przez południową obwodnicę Berlina, co odpowiadało nam wręcz zajebiście. "Ale nie wysadzę Was przecież na autostradzie" - typie, chyba nigdy stopa nie łapałeś, ogarnięte mamy.
do Gniezna, bo dalej wbija się na autostradę i do Poznania nie będzie skręcał. Po drodze wyszło, że jedzie do Belgii przez południową obwodnicę Berlina, co odpowiadało nam wręcz zajebiście. "Ale nie wysadzę Was przecież na autostradzie" - typie, chyba nigdy stopa nie łapałeś, ogarnięte mamy.
I w ten oto sposób jednym stopem przejechaliśmy 394 km, o 12 byliśmy pod Berlinem,
a dokładniej na raststätte Michendorf - świetnym spocie do łapania stopa na południe Niemiec.
a dokładniej na raststätte Michendorf - świetnym spocie do łapania stopa na południe Niemiec.
Na stacji pierwsze co robię, to obchód, czy nie ma polskich tirów i innych samochodów mogących jechać w tę samą stronę. Ciężarówki owszem były, tylko jakimś trafem wszyscy kierowcy cisnęli w knura. Nie miałem serca ich budzić. Znaleźliśmy także kolunia, który coś grzebał przy VW T3 na polskich blachach. Po zagadaniu, czy nie potrzebuje pomocy i gdzie jedzie odpowiedział, że Frankfurt nad Menem. Myślę sobie,
że kolejny fart. Koleś otwiera Vana, a tam dzieciaczek z 1,5 roczny, i ciężarna żonka.
No nieźle, przy takim stanie rzeczy dotrzemy do Frankfurtu za jakieś 12 h. Chwila miłej pogawędki i odwrót - mega spoko ludzie, ale jednak taka podróż byłaby trochę męcząca dla nas wszystkich. Postanowiliśmy więc zrobić sobie lunchyk, walnąć browarka i rozbić się na wylocie ze stacji.
że kolejny fart. Koleś otwiera Vana, a tam dzieciaczek z 1,5 roczny, i ciężarna żonka.
No nieźle, przy takim stanie rzeczy dotrzemy do Frankfurtu za jakieś 12 h. Chwila miłej pogawędki i odwrót - mega spoko ludzie, ale jednak taka podróż byłaby trochę męcząca dla nas wszystkich. Postanowiliśmy więc zrobić sobie lunchyk, walnąć browarka i rozbić się na wylocie ze stacji.
Tutaj pierwsze schody, gdyż mój maksymalny czas oczekiwania na stopa w Polsce wynosił 45 min. Nie spodziewałem się, że tutaj będę czekał godzinę :/ Ale dobra zatrzymuje się młody Niemiec, mówi, że do Norymbergi jedzie. Czyżbyśmy mieli dojechać do Norymbergi na dwa stopy?
Nic z tych rzeczy, koleś w Lipsku musi nas wypierdzielić, bo bierze blablacarów. Zacząłem bardzo nie lubić tego słowa po tym wyjeździe :P No cóż, my nie płacimy hajsów, dobry
i Lipsk. Okazuje się, że nie wszyscy Niemcy jeżdżą dopicowanymi furami. Znajdą się też normalni ludzie, którym nie działa klima w golfie, mają klamki na patencie i szyba od pasażera domyka się kiedy chce :D Poczułem się jak u siebie hahaha.
i Lipsk. Okazuje się, że nie wszyscy Niemcy jeżdżą dopicowanymi furami. Znajdą się też normalni ludzie, którym nie działa klima w golfie, mają klamki na patencie i szyba od pasażera domyka się kiedy chce :D Poczułem się jak u siebie hahaha.
W sumie wdzięczny byłem, że nie pojechaliśmy tym golfem do samej Norymbergi.
Nie złapalibyśmy nowiutkiego audi A8, w którym po zapakowaniu między nogi 75 l plecaków było jeszcze sporo miejsca i którego kierowca cisnął bez mała 3 paki nie patrząc, czy to zakręt, czy nie. W samolocie nie czułem takich przeciążeń :D Co jest ciekawe na niemieckich drogach?
- Na każdej stacji buli się za kibel. Jeśli masz do zrobienia jedynkę, to nie ma problemu, gorzej jeśli przyciśnie. Nawet babcie klozetowe są! ;
Co jeszcze? - automaty z gumkami w toaletach. Popieram jak najbardziej tę sprzedaż, chociaż oprócz kondomów mają tam jakieś dziwne erotyczne zabawki, które mogliby sobie darować :P;
- Panele słoneczne, albo wiatraki dosłownie na całej długości drogi;
- Na większych stacjach są hotele, mega wielkie markety a nawet ero markety.
Bywałem wcześniej w Reichu swoim samochodem, mam więc małe info dla kierowców:
- to nieprawda, że nie ma ograniczeń prędkości na autobahnie. Na większości odcinków jest to 130 km/h w niektórych miejscach mniej, ze względu na zjazdy i rozjazdy. Brak ograniczeń jest tylko wtedy, gdy pojawi się stosowny znak (podobny jak u nas);
- karta payback wyrobiona na polskiej stacji zagramanico nie działa :(
- nie siedzcie nikomu na zderzaku, autobahnpolizei bardzo tego pilnuje.
Ale wracamy do łapania stopa :P
Pod koniec dnia złapaliśmy dwójkę młodych Niemców, którzy porozumiewali się po angielsku z filmowym amerykańskim akcentem. Jak się dowiedzieliśmy od kolesia (trenera futbolu amerykańskiego) mieszkał wcześniej w stanach przez kilka lat. Z Brianem od razu złapali wspólny język (nic dziwnego, oboje lubią te dziwne szachy na trawie:P) Pytali się nas, gdzie dzisiaj śpimy. Strasznie byli zdziwieni, kiedy odpowiedzieliśmy, że gdziekolwiek. Nasz kierowca opowiedział nam, jak się łapie stopa w USA i jak to w pewnym Stanie wylądował za to na dołku na 48 h :P Zdecydowanie tam jadę :P
Jako, że robiło się ciemno podwieźli nas na camping w miasteczku Schwäbisch Hall.
O szwabskich campingach pisałem wcześniej. Żałuję, że nie miałem wtedy czołówki
i czegoś bardziej przeciwdeszczowego - nie rozkładałbym wtedy namiotu przemoknięty
i z latarką w zębach :/
O szwabskich campingach pisałem wcześniej. Żałuję, że nie miałem wtedy czołówki
i czegoś bardziej przeciwdeszczowego - nie rozkładałbym wtedy namiotu przemoknięty
i z latarką w zębach :/
Będąc otwartymi ludźmi zagadaliśmy do dwóch młodych typków spijających piwerko pod daszkiem. Jakież było moje zdziwienie, gdy koleżka odezwał się do mnie po polsku :) Miło spotkać potomków Polaków, którzy w życiu nie mieszkając w ojczyźnie rodziców znają ten język perfekcyjnie. Serce rośnie. Jak kiedyś będę miał zagraniczną żonkę, moje dzieciaki na pewno będą znały polski :P
Jakie wnioski z pierwszego dnia? - Warto łazić i pytać, zanim zaczniecie stać ze znakiem.
- Niemcy są niesamowicie pomocni (może nadal próbują zadośćuczynić za dwie wojny?);
- Jednak towarzystwo się przydaje. Jeżdżąc sam chyba na prawdę będę musiał sobie kupić kamerę i do kamery gadać :)
W następnym odcinku następny dzień przygód, trochę zdjęć i opis najdziwniejszej chałupy w jakiej kiedykolwiek przyszło mi spać
Bajo!
czwartek, 3 marca 2016
Co ze sobą zabrać, ewentualnie kogo
Dzień dobry bardzo :)
i jezior - używajcie rozkładających się kosmetyków i detergentów - szare mydło i te sprawy. Inni też będą chcieli skorzystać z wody nie zanieczyszczonej chemicznym ścierwem :)
z gościem z drugiego końca świata. Nie bójcie się z tego korzystać. Na całym świecie ludzie są dobrzy. Inna sprawa, jeżeli jesteście w związku (Ale co ja mogę o tym wiedzieć :P) Szczerze zazdroszczę kolesiom, których dziewczyny nie wymagają od wspólnego wypadu cudów na kiju, spania w czterogwiazdkowych hotelach i nurkowania z delfinami. Jeżeli już macie kogoś ze sobą zabrać, upewnijcie się, że ten ktoś nie będzie przez cały wyjazd narzekał, jak to jest chu**wo. :)
Dzisiaj ciąg dalszy stopowych porad (spokojnie, przyjdzie czas na opowiadanie
o przygodach :P)
o przygodach :P)
Wiecie już gdzie stać i łapać, a gdzie tego nie robić. W sumie róbta, co chceta - pamiętajcie jednak, że jak to mawia "Krul" w Eurokołchozie mamy ustrój policyjny, więc jak będziecie stali, gdzie nie wolno - na pewno za to zapłacicie i to słono.
Wcześniej była mowa raczej o jednodniowych wypadach, teraz przyszło opuścić ciepły domek i wyruszyć zwiedzać świat :P Co ze sobą zabrać na te dwa tygodnie wypoczynkowego?
Pewnie nie muszę tego mówić osobom, które spędziły dzieciństwo na wypadach pod namiot z rodzicami i świetnie pamiętają wyładowanego po sam dach malucha, czy inne czinkłaczento. Z rozrzewnieniem wspominają trzymanie namiotu w czasie burzy, zbieranie chrustu, palenie ogniska i mycie się w jeziorze.
Jeżeli jednak w Twoich wspomnieniach pojawia się tylko hotel na Majorce, a chciałbyś spróbować jak się bawi proletariat, to poczytaj.
Pierwsza rzecz to plecak. No bo chyba nie chcesz cały czas trzymać w ręce swojej prawilnej sportowej torby, a Twoja designerska walizka na kółkach raczej się
w krzaki nie nadaje :P
w krzaki nie nadaje :P
Ja zakupiłem swój plecak na portalu ogłoszeniowym. Za używany 75 l plecak zapłaciłem 140 zł. Porządna firma, możliwość regulacji pasków do wzrostu, nieprzemakalność, pojemność no i w przypadku bycia grubasem bardzo ważna rzecz - wentylowane plecy. Co do nieprzemakalności to pamiętajcie, żeby go w miarę możliwości nie prać, a jak już musicie to potem spryskajcie impregnatem, żeby tę nieprzemakalność zachować.
Następna sprawa to kima. Oczywiście śpiworek i karimata to podstawa.Weźcie sobie taki śpiwór, żeby nie zabierał dużo miejsca po zwinięciu i był lekki - każdy dodatkowy kilogram daje się we znaki stojąc piątą godzinę przy autostradzie. Jeżeli przyjdzie Wam zdezerterować i wracać do domu samolotem, to opłat za nadbagaż też pewnie chcielibyście uniknąć. Mój ważył 16 kg - tanimi liniami przewieziecie bez większych dopłat jakieś 23 kg. Co do karimaty, ja żałuję, że nie wziąłem sobie dmuchanej, bo z racji bycia knurem lubię spać na miękkim. Ale jak wam nie przeszkadza spać na gołej ziemi, to
na dobrą sprawę starczy wam kawałek ceraty, żeby wam mokro w dupę nie było :P
Teraz rodzi się pytanie, czy opłaca się brać namiot? To jest wysoce dyskusyjna kwestia, czy latem on się przydaje, czy nie. No ale jak to? Deszcz ma mi napierdzielać na głowę?
I tutaj przychodzi z pomocą kolejny kawałek ceraty. Jaki kawałek ceraty? - Jakikolwiek, byleby nie przepuszczał wody. Możecie zajumać babci ze stołu, albo podpierdzielić zasłonę od prysznica z akademika - wybór dowolny. Rozkładacie na kilku kijkach i sprawa załatwiona :P
Jeżeli jednak macie namiot, który się szybko rozkłada i zabiera mało miejsca (zdecydowanie nie mój :P) to polecam zabrać - zdecydowanie lepsza osłona przed deszczem i wiatrem.
Kolejna potrzeba niższego rzędu to szama. W sumie jak macie hajs, to możecie się stołować w knajpach - droga wolna. Zakładam jednak, że jedziecie kompletnie na krzywy ryj, a coś trzeba jeść, co nie? Trzeba więc mieć w czym gotować. Bardzo przydatne okazują się wojskowe rzeczy dostępne na allegro za kilka złotych - menażka i niezbędnik (nóż, łyżka i widelec z otwieraczem do puszek). Polecam kupić sobie jeszcze metalowy kubek - w markecie poniżej pięciu złotych.
Co w tym będziecie gotować, to już Wasza sprawa. Polecam zabrać parę konserw, kilka torebek ryżu, jakieś chińskie zupki. W warzywka łatwo zaopatrzyć się na miejscu. Ceny żarcia na zachodzie nie są takie złe, jak wiecie gdzie szukać. Znacie ryneczki i bazarki? Miejsca zanikające, ale warte odwiedzenia. Znajdziecie je na całym świecie.
Dobra jest co gotować, jest w czym, ale w krzakach nie ma przecież kuchenek. A po co nasi jaskiniowi przodkowie wymyślali ogień? Chyba nie po to, żebyśmy wszystko robili
na prądzie :P
Ok, w Eurosojuzie dużo rzeczy nie wolno, z resztą palenie ogniska w czasie suszy świadczy o brakach w rozumowaniu. Jeżeli jedziecie na cywilizowany camping, to sprawa jest prosta - jest kuchnia, można korzystać. Gorzej, jeśli śpicie w krzakach, a o ognisku
nie ma mowy. Wtedy warto zakupić małą kieszonkową kuchenkę na naboje gazowe. Zajmuje na prawdę niewiele miejsca, a jeden nabój starcza na jakieś 4 godziny, przy odkręceniu gazu na maksa. Koszt? 50 - 100 zł, jeden nabój od 10 do 30 zł.
Dobra, jakoś dajemy radę przetrwać, ale nie chcemy chyba śmierdzieć. Może spotkamy na swojej drodze jakąś płeć przeciwną? Nie bierzcie dużo ubrań - po 4 sztuki bielizny, koszulek starczy na lajcie. Zorganizowanie czystej wody do umycia się i wyprania rzeczy wcale nie jest takie trudne. Na campingach są prysznice. Zwykle trzeba płacić
za ciepłą wodę, ale przecież nie jesteście turystami i dacie radę w zimnej, nie? Co do rzek i jezior - używajcie rozkładających się kosmetyków i detergentów - szare mydło i te sprawy. Inni też będą chcieli skorzystać z wody nie zanieczyszczonej chemicznym ścierwem :)
Kontynuując temat ubrań - słuchajcie się Mamy i pani z przedszkola, które zawsze mówiły, żeby ubierać się na cebulę (Janusz pewnie uśmiecha się teraz pod wąsem :)). Polarek, kurtka przeciwdeszczowa, jedne długie spodnie, dres, trampki. Te ostatnie ratują życie, gdy zdążyłeś spalić stopy na słońcu popylając w sandałach. Mogłem patriotycznie ubrać
do nich skarpety - nie pomyślałem :(
Z rzeczy przydatnych:
Sznurek, trytki - często zdarza się, że coś pierdyknie (szczególnie w starym namiocie
i trzeba łatać);
Szara taśma - ta sama śpiewka;
Multitool z ostrym nożem - chyba nie chcecie robić wszystkiego nożem od niezbędnika;
Latarka czołówka - jeżeli nie lubicie rozkładać namiotu z latarką w zębach;
Magnez, plastry, woda utleniona, leki na sraczkę - wiadomo;
Gaz pieprzowy - pewnie nie użyjecie, ale na wszelki wypadek;
Nerka zwana kołczanem prawilności - żeby mieć papierki w bezpiecznym miejscu;
Zapalniczka - jeżeli jesteście słabi, i nie umiecie rozpalić ognia dwoma patykami;
Papier toaletowy - dużo papieru;
Stary telefon - bateria trzyma tydzień;
Pisaki do pisania nazw miast na kartonie - najlepiej kilka;
Butelka na wodę - jedna w zupełności starczy;
Chusteczki nawilżane - jak nie ma wody;
Worki na śmieci - przedmiot wysoce przeciwdeszczowy;
Krem z filtrem - żeby w nocy nie wyć z bólu;
EKUZ, lub karta Euro26 - EKUZ bezpłatnie w NFZ - Ubezpieczenie zdrowotne na terenie całej Unii, Euro26 - 84 zł rocznie na cały świat bez USA i Kanady.
Ostatnia i najważniejsza rzecz, jaką trzeba ze sobą zabrać to otwarta głowa i zdrowy rozsądek. Umiejętność oceny sytuacji i to komu można zaufać to na takim wyjeździe sprawy podstawowe.
Co się tyczy towarzystwa. Na pewno nie macie dużo takich znajomych, którzy wybraliby się z Wami na dziką wyprawę nie wiedząc, gdzie znajdą się następnego dnia. Nic nie szkodzi. Zawsze możecie jechać sami. Jakie to ma zalety? Nikt Wam nie pierdzieli nad uchem co macie robić, nikt nie marudzi, że Wasz pomysł na dzisiejszy dzień był bez sensu. Jesteście sami sobie sterem, żeglarzem i rybą. Z drugiej strony, gdy długo nic
nie możecie złapać oraz wieczorem, gdy rozbijacie obóz nie ma do kogo gęby otworzyć. Moje zdanie w tej sprawie jest takie: w dzisiejszych czasach jest tyle portali zrzeszających podróżników, że na prawdę wystarczy wysłać parę zapytań, by wieczorem walić browar z gościem z drugiego końca świata. Nie bójcie się z tego korzystać. Na całym świecie ludzie są dobrzy. Inna sprawa, jeżeli jesteście w związku (Ale co ja mogę o tym wiedzieć :P) Szczerze zazdroszczę kolesiom, których dziewczyny nie wymagają od wspólnego wypadu cudów na kiju, spania w czterogwiazdkowych hotelach i nurkowania z delfinami. Jeżeli już macie kogoś ze sobą zabrać, upewnijcie się, że ten ktoś nie będzie przez cały wyjazd narzekał, jak to jest chu**wo. :)
Dzięki za to, że jesteście, dzielcie się swoimi doświadczeniami i pamiętajcie,
że marzenia się nie spełniają - marzenia się spełnia :)
Nie usłyszycie ode mnie w przyszłym tygodniu - jadę do Żabojadów w góry pośmigać trochę na sztachetach ;)
Piona!środa, 24 lutego 2016
Na przekór kupowaniu biletów, czyli przewodnik po autostopie w Polsce
Siemanko! (prawilnie rzecz biorąc: Elo!)
Na początku, chcę podziękować za zainteresowanie. Wiedziałem, że będę popularny (tak, jestem narcystycznym grubasem :P), ale ponad 500 wyświetleń się nie spodziewałem. Dzięki :)
W dzisiejszym odcinku opowiem Wam, jak to się stało, że zacząłem jeździć na stopa.
Postaram się również Was przekonać do tego sposobu podróżowania oraz jak samemu zacząć jeździć.
Co do ostatniego zagadnienia to w zasadzie mógłbym ograniczyć się do jednego zdania: Weź plecak i jedź!
Powiecie pewnie: "Ale jak to? Tak od razu? Gdzie ja złapię stopa, co mam ze sobą zabrać?" Spokojniutko, zaraz powiem (Wielki znawca tematu się znalazł :P). Zacznę jednak od historii całego zamieszania.
Będąc beztroskim licealistą mieszkającym w internacie oddalonym od ciepłego domku o bez mała 360 km pojawił się pewien problem. Mianowicie taki, że wypadałoby odwiedzić kochanych staruszków od czasu do czasu. Niestety nie wynaleziono jeszcze teleportu, nie mieszkam w Radomiu, żeby mieć dogodne połączenie lotnicze z całym światem, a samochód w wieku lat 16 odpada.
Zostało mi więc bujać się pociągami.
Na początku rzeczywiście to tak wyglądało: pociąg, przejazdy z dworca i na dworzec. Cztery dychy w jedną stronę, jak nic. Jak wszyscy doskonale wiemy, kieszeń licealisty jest o wiele uboższa, niż kieszeń studencka, więc należałoby znaleźć inny sposób na częstsze odwiedzanie domu. Tutaj z pomocą przychodzą starsi, bardziej doświadczeni oraz z racji dłuższego mieszkania w internacie bardziej poryci koledzy.
Otóż w tym wspaniałym liceum istnieje długoletnia tradycja jeżdżenia, jak to określił Pan Dyrektor: "Na łapę".
Pomyślałem sobie, że to bardzo niepewne. Wszak nie wiesz, z kim jedziesz, gdzie dojedziesz i o której. Przez prawie całą pierwszą klasę nie przemogłem się, żeby pojechać do domu na stopa. Nie chciałem też zaczynać tej przygody samemu.
Na szczęście w klasie wyżej był kolega z miasta, z którego do domu miałem jeszcze jakieś 65 km, więc pomyślałem, że we dwóch raźniej, a ten kawałek to jakoś dam radę.
To była jedna z lepszych decyzji w moim życiu. Doświadczyłem dzięki temu sposobu podróżowania, który pozwala na poznanie wielu wspaniałych ludzi i niezliczonej ilości niesamowitych historii.
Każda taka wyprawa to również okazja do znacznego poprawienia swojej wiedzy
z geografii. Wyobraźcie sobie miny tych wszystkich panienek z małych miejscowości, gdy po jej odpowiedzi na pytanie: "skąd jesteś" potrafisz perfekcyjnie tę wiochę zlokalizować. (Jakbyś stała tam godzinę po ciemku na mrozie to też byś wiedziała :P)
No i oszczędzasz na biletach. Bardzo dużo oszczędzasz.
Po kilku takich przejażdżkach zaczynasz nabierać wprawy i nagle twój czas przejazdu skraca się niesamowicie. Mi się udało osiągnąć taką średnią, że więcej czasu zajmowało mi dotarcie do domu pociągiem. 360 km - średnio 5 godzin. Co więc trzeba wiedzieć, żeby nasz autostop był jak najbardziej efektywny?
Po pierwsze miejsce stania. Kierowca musi mieć możliwość zatrzymania się, żeby Cię zabrać. Nie raz jadąc swoim samochodem spotykałem się z ludźmi, których chętnie bym zabrał, gdybym miał się jak zatrzymać. Gdzie ja Ci gościu stanę na zjeździe
z ekspresówki?
Na polskich drogach krajowych jest pełno miejsc, gdzie samochody mogą się zatrzymać. Szerokie pobocza, wjazdy do sklepów, zatoczki, wyjazdy ze stacji benzynowych itp. Hitem są przystanki autobusowe - oświetlone, zwykle w miejscach, gdzie samochody jadą trochę wolniej.
To, że samochody jadą wolniej ma ogromne znaczenie - kierowca ma przecież ograniczony czas reakcji. Im wolniej jedzie, tym większa szansa, że Cię zauważy oraz będzie miał krótszą drogę hamowania, co w przypadku 40 - tonowych ciężarówek jest kluczowe.
Inaczej ma się sprawa autostrad i dróg szybkiego ruchu. Jeśli nie chcesz zostać zgarnięty przez żaden patrol, nie możesz tam stać. Myślicie pewnie, że mam Was za idiotów mówiąc coś tak oczywistego?
Osobiście widziałem typów przełażących przez płot, żeby dostać się do bramek na A2. Niekiedy sam byłem zmuszony do takich akcji, kiedy koleś z którym jadę nagle wyskakuje
z tekstem: "tu sobie szybko wyskoczysz". Weź tu człowieku teraz zejdź z tej estakady.
Na takich drogach rozwiązanie jest jedno: MOP, czyli Miejsce Obsługi Podróżnych.
Są to duże parkingi, zwykle ze stacją benzynową, jakimś fast - foodem i miejscem postoju ciężarówek. Łapanie w takiej miejscówie dzieli się na dwa rodzaje: stanie przy wyjeździe
z destynacją napisaną na kartonie lub łażenie i pytanie, czy ktoś nie podwiezie.
W drugim przypadku pomocna jest znajomość tablic rejestracyjnych i orientowanie się
w lokalizacji firm przewozowych. Zawodowi kierowcy to najlepsza opcja. Przez cały dzień jadą sami za kierownicą tego kolosa i nie mają do kogo gęby otworzyć. Oni najczęściej zabierają. No i zawsze mają CB radio, więc jak już złapiesz jednego, to jesteś w domu
- on Ci zawoła następnego :)
Podsumowując kwestię MOPów: Jeżeli macie do przeskoczenia z jednej autostrady na drugą, to radzę ogarnąć sobie ostatni MOP przed Waszym zjazdem i poprosić kierowcę, żeby tam Was wysadził.
Kolejna rzecz to ubiór i oświetlenie. Ubierajcie się raczej na jasno, noście odblaski i te sprawy. Stop stopem, ale zakończenie swojego marnego żywota w rowie
to raczej słaba opcja. Łapiąc po nocy bez żadnego oświetlenia nic nie złapiecie, bo zwyczajnie Was nie widać.
Na koniec tego moralizatorskiego wywodu pragnę rozwiać ostatnią wątpliwość: Czy łapanie stopa jest niebezpieczne? Ktoś mnie przecież może okraść, wywieźć do lasu i zgwałcić.
Po pierwsze primo źli ludzie nie zabierają na stopa. Oni tylko zwalniają, żeby zobaczyć co to za debil tam stoi i czemu nie może jak normalny Janusz iść na PeKaeSa. Zatrzymują się tylko ludzie pomocni, którzy albo sami jeździli w ten sposób, albo nudzi im się w robocie, lub są po prostu mili.
Po drugie primo jak jesteś brzydki i biedny to nie musisz się martwić ani o kradzież, ani
o gwałt :P (No chyba, że jakiś psychol postanowił sobie tak po prostu kogoś zaciukać
i akurat się nawinąłeś).
Pewnie powiesz, że to wszystko miało sens te parę lat temu, kiedy nie było portali zrzeszających pasażerów i kierowców, kiedy bardziej Ci się chciało i kiedy byłeś mniej wygodny. Twoja sprawa.
Nie narzekaj tylko, że Twoi internetowi współpasażerowie po całym dniu pracy pójdą
w kimę, jak tylko wjedziecie na autostradę.
Jeżeli ten przydługawy post skłonił Cię do zastanowienia się nad tym, czy warto tak podróżować, pozostaje mi życzyć Ci powodzenia i widzimy się we wakacje na trasie w jakimś zajebistym Audi, czy innym Ferrari
Pis Joł :D
Na początku, chcę podziękować za zainteresowanie. Wiedziałem, że będę popularny (tak, jestem narcystycznym grubasem :P), ale ponad 500 wyświetleń się nie spodziewałem. Dzięki :)
W dzisiejszym odcinku opowiem Wam, jak to się stało, że zacząłem jeździć na stopa.
Postaram się również Was przekonać do tego sposobu podróżowania oraz jak samemu zacząć jeździć.
Co do ostatniego zagadnienia to w zasadzie mógłbym ograniczyć się do jednego zdania: Weź plecak i jedź!
Powiecie pewnie: "Ale jak to? Tak od razu? Gdzie ja złapię stopa, co mam ze sobą zabrać?" Spokojniutko, zaraz powiem (Wielki znawca tematu się znalazł :P). Zacznę jednak od historii całego zamieszania.
Będąc beztroskim licealistą mieszkającym w internacie oddalonym od ciepłego domku o bez mała 360 km pojawił się pewien problem. Mianowicie taki, że wypadałoby odwiedzić kochanych staruszków od czasu do czasu. Niestety nie wynaleziono jeszcze teleportu, nie mieszkam w Radomiu, żeby mieć dogodne połączenie lotnicze z całym światem, a samochód w wieku lat 16 odpada.
Zostało mi więc bujać się pociągami.
Na początku rzeczywiście to tak wyglądało: pociąg, przejazdy z dworca i na dworzec. Cztery dychy w jedną stronę, jak nic. Jak wszyscy doskonale wiemy, kieszeń licealisty jest o wiele uboższa, niż kieszeń studencka, więc należałoby znaleźć inny sposób na częstsze odwiedzanie domu. Tutaj z pomocą przychodzą starsi, bardziej doświadczeni oraz z racji dłuższego mieszkania w internacie bardziej poryci koledzy.
Otóż w tym wspaniałym liceum istnieje długoletnia tradycja jeżdżenia, jak to określił Pan Dyrektor: "Na łapę".
Pomyślałem sobie, że to bardzo niepewne. Wszak nie wiesz, z kim jedziesz, gdzie dojedziesz i o której. Przez prawie całą pierwszą klasę nie przemogłem się, żeby pojechać do domu na stopa. Nie chciałem też zaczynać tej przygody samemu.
Na szczęście w klasie wyżej był kolega z miasta, z którego do domu miałem jeszcze jakieś 65 km, więc pomyślałem, że we dwóch raźniej, a ten kawałek to jakoś dam radę.
To była jedna z lepszych decyzji w moim życiu. Doświadczyłem dzięki temu sposobu podróżowania, który pozwala na poznanie wielu wspaniałych ludzi i niezliczonej ilości niesamowitych historii.
Każda taka wyprawa to również okazja do znacznego poprawienia swojej wiedzy
z geografii. Wyobraźcie sobie miny tych wszystkich panienek z małych miejscowości, gdy po jej odpowiedzi na pytanie: "skąd jesteś" potrafisz perfekcyjnie tę wiochę zlokalizować. (Jakbyś stała tam godzinę po ciemku na mrozie to też byś wiedziała :P)
No i oszczędzasz na biletach. Bardzo dużo oszczędzasz.
Po kilku takich przejażdżkach zaczynasz nabierać wprawy i nagle twój czas przejazdu skraca się niesamowicie. Mi się udało osiągnąć taką średnią, że więcej czasu zajmowało mi dotarcie do domu pociągiem. 360 km - średnio 5 godzin. Co więc trzeba wiedzieć, żeby nasz autostop był jak najbardziej efektywny?
Po pierwsze miejsce stania. Kierowca musi mieć możliwość zatrzymania się, żeby Cię zabrać. Nie raz jadąc swoim samochodem spotykałem się z ludźmi, których chętnie bym zabrał, gdybym miał się jak zatrzymać. Gdzie ja Ci gościu stanę na zjeździe
z ekspresówki?
Na polskich drogach krajowych jest pełno miejsc, gdzie samochody mogą się zatrzymać. Szerokie pobocza, wjazdy do sklepów, zatoczki, wyjazdy ze stacji benzynowych itp. Hitem są przystanki autobusowe - oświetlone, zwykle w miejscach, gdzie samochody jadą trochę wolniej.
To, że samochody jadą wolniej ma ogromne znaczenie - kierowca ma przecież ograniczony czas reakcji. Im wolniej jedzie, tym większa szansa, że Cię zauważy oraz będzie miał krótszą drogę hamowania, co w przypadku 40 - tonowych ciężarówek jest kluczowe.
Inaczej ma się sprawa autostrad i dróg szybkiego ruchu. Jeśli nie chcesz zostać zgarnięty przez żaden patrol, nie możesz tam stać. Myślicie pewnie, że mam Was za idiotów mówiąc coś tak oczywistego?
Osobiście widziałem typów przełażących przez płot, żeby dostać się do bramek na A2. Niekiedy sam byłem zmuszony do takich akcji, kiedy koleś z którym jadę nagle wyskakuje
z tekstem: "tu sobie szybko wyskoczysz". Weź tu człowieku teraz zejdź z tej estakady.
Na takich drogach rozwiązanie jest jedno: MOP, czyli Miejsce Obsługi Podróżnych.
Są to duże parkingi, zwykle ze stacją benzynową, jakimś fast - foodem i miejscem postoju ciężarówek. Łapanie w takiej miejscówie dzieli się na dwa rodzaje: stanie przy wyjeździe
z destynacją napisaną na kartonie lub łażenie i pytanie, czy ktoś nie podwiezie.
W drugim przypadku pomocna jest znajomość tablic rejestracyjnych i orientowanie się
w lokalizacji firm przewozowych. Zawodowi kierowcy to najlepsza opcja. Przez cały dzień jadą sami za kierownicą tego kolosa i nie mają do kogo gęby otworzyć. Oni najczęściej zabierają. No i zawsze mają CB radio, więc jak już złapiesz jednego, to jesteś w domu
- on Ci zawoła następnego :)
Podsumowując kwestię MOPów: Jeżeli macie do przeskoczenia z jednej autostrady na drugą, to radzę ogarnąć sobie ostatni MOP przed Waszym zjazdem i poprosić kierowcę, żeby tam Was wysadził.
Kolejna rzecz to ubiór i oświetlenie. Ubierajcie się raczej na jasno, noście odblaski i te sprawy. Stop stopem, ale zakończenie swojego marnego żywota w rowie
to raczej słaba opcja. Łapiąc po nocy bez żadnego oświetlenia nic nie złapiecie, bo zwyczajnie Was nie widać.
Na koniec tego moralizatorskiego wywodu pragnę rozwiać ostatnią wątpliwość: Czy łapanie stopa jest niebezpieczne? Ktoś mnie przecież może okraść, wywieźć do lasu i zgwałcić.
Po pierwsze primo źli ludzie nie zabierają na stopa. Oni tylko zwalniają, żeby zobaczyć co to za debil tam stoi i czemu nie może jak normalny Janusz iść na PeKaeSa. Zatrzymują się tylko ludzie pomocni, którzy albo sami jeździli w ten sposób, albo nudzi im się w robocie, lub są po prostu mili.
Po drugie primo jak jesteś brzydki i biedny to nie musisz się martwić ani o kradzież, ani
o gwałt :P (No chyba, że jakiś psychol postanowił sobie tak po prostu kogoś zaciukać
i akurat się nawinąłeś).
Pewnie powiesz, że to wszystko miało sens te parę lat temu, kiedy nie było portali zrzeszających pasażerów i kierowców, kiedy bardziej Ci się chciało i kiedy byłeś mniej wygodny. Twoja sprawa.
Nie narzekaj tylko, że Twoi internetowi współpasażerowie po całym dniu pracy pójdą
w kimę, jak tylko wjedziecie na autostradę.
Jeżeli ten przydługawy post skłonił Cię do zastanowienia się nad tym, czy warto tak podróżować, pozostaje mi życzyć Ci powodzenia i widzimy się we wakacje na trasie w jakimś zajebistym Audi, czy innym Ferrari
Pis Joł :D
czwartek, 18 lutego 2016
Dlaczego powstał ten blog, o czym będzie traktował
Cześć wszystkim! (A może powinienem zgodnie z e - etykietą napisać "Szanowni Państwo" ? Eee, sztywni konwenansiarze to nie jest target tego bloga)
Na wstępie powiem, że od dawna chciałem opisać moją podróż (tę i kolejne) i podzielić się wrażeniami, oraz doświadczeniami z szerszą publiką. Po części zrobiłem to na moim facebooku, ale ze względu na to, że było to na świeżo i bez chłodnego przemyślenia, postanowiłem zrobić to jeszcze raz w inny sposób. Również dlatego, że posty na portalach społecznościowych widzą wszyscy moi znajomi, nawet ci niezainteresowani tematem, a spamować nie lubię - kto chce obejrzeć, lub przeczytać zrobi to tutaj.
Nie będę się nikomu tłumaczył z tego co robię. Chcę pokazać punkt widzenia człowieka początkującego w spaniu gdzie popadnie, mającego dwa do czterech tygodni wolnego na włóczenie się, człowieka nad którym poczucie bezpieczeństwa (czyt. wygodnictwo) w wielu przypadkach bierze górę i sporo się jeszcze musi nauczyć. Co do autostopowego doświadczenia, to mogę Wam powiedzieć, że w liceum podróżowanie w ten sposób odbywało się niemal co weekend (a niekiedy w każdy weekend), no a teraz dochodzi doświadczenie w sumie z pięciu krajów, więc coś tam wiem.
Kim jestem? Zwykłym chłopakiem, który lubi zwiedzać nieznane miejsca. W podstawówce i gimnazjum odbywało się to w ten sposób, że rodzice wysyłali mnie na kolonie, za co bardzo im dziękuję (dziękuję również reliktowi komuny, jakim są kolonie dla dzieci pracowników. Mam nadzieję, że to zostanie i prywaciarze, którzy przejęli państwowe spółki nie będą na tym oszczędzać).
Na takich wyjazdach dziecko uczy się samodzielności, otwartości na ludzi. Z resztą dzieciak w drugiej klasie podstawówki ma o wiele mniej wstydu, niż dorosły człowiek, więc jeżeli od małego będzie jeździł w nowe miejsca i poznawał nowych ludzi to nigdy nie będzie miał problemu z nawiązywaniem kontaktów.
Oczywiście na takich wyjazdach nie możesz robić wszystkiego, co ci się podoba. I tutaj dochodzi kolejna sprawa - naturalnie się buntujesz, chcesz więcej, nie chcesz być niewolnikiem zegarka: terminów, zbiórek, zorganizowanych atrakcji. Zaczynasz więc marzyć jak to będzie, kiedy będziesz duży i będziesz robił, co tylko chcesz i jeździł gdzie tylko chcesz.
Niestety kiedy jesteś dorosły, życie daje Ci w pysk, i mówi: "Do roboty robić hajs! Za coś musisz żyć!". Wtedy dwa miesiące wakacji skracają się do dwóch tygodni wypoczynkowego. Wtedy masz dwie opcje: Albo znowu jesteś niewolnikiem biura podróży, płacisz grubą kasę za coś, co te firmy robią hurtowo, oglądasz to co wszyscy, spijasz drinki przy basenie, żresz hotelowe all inclusive, śpisz w ciepłym łóżeczku, nie martwisz się o nic.
Albo na prawdę chcesz odkrywać, poznawać prawdziwych lokalnych ludzi, jeść prawdziwe lokalne jedzenie, obcować z miejscową kulturą. I właśnie takim człowiekiem chcę być ja, i dla takich ludzi dzielę się moim punktem widzenia.
Co do zgapiania z youtuberów. Nie ukrywam, że jestem wielkim fanem kanałów podróżniczych na youtube, podziwiam wszystkich, którzy biorą kamerkę i jadą w świat, szczerze zazdroszczę odwagi i zaradności, która pozwala na wiele miesięcy włóczenia się po świecie. Z tego miejsca pragnę ich wszystkich pozdrowić i życzyć wszystkiego najlepszego w ich podróżach. Czekam z niecierpliwością na każdy Wasz filmik, wiedzcie, że jesteście inspiracją dla wielu ludzi, w tym dla mnie.
Tak, jak wcześniej powiedziałem, przedstawię tutaj mój punkt widzenia nawiązując do innych podróżników, postaram się pokazać, że dwa tygodnie wypoczynkowego to sporo czasu, jak sobie tanio radzić gdy przyjdzie chwilowy kryzys oraz podzielę się tajnikami efektywnego jeżdżenia stopem.
Mam nadzieję, że zachęciłem do dalszego czytania. Przepraszam wszystkich grammar nazi, za błędy w ortografii i interpunkcji (nie jestem dumny z wyniku mojej matury z Polaka)
Siemaneczko!
Na wstępie powiem, że od dawna chciałem opisać moją podróż (tę i kolejne) i podzielić się wrażeniami, oraz doświadczeniami z szerszą publiką. Po części zrobiłem to na moim facebooku, ale ze względu na to, że było to na świeżo i bez chłodnego przemyślenia, postanowiłem zrobić to jeszcze raz w inny sposób. Również dlatego, że posty na portalach społecznościowych widzą wszyscy moi znajomi, nawet ci niezainteresowani tematem, a spamować nie lubię - kto chce obejrzeć, lub przeczytać zrobi to tutaj.
Ten blog powstał dla wszystkich tych, którzy tak jak ja jarają się podróżami, nie mają wielkiej kasy na turystykę no i oczywiście nie mają wolnego pół roku, albo roku na wyparowanie w świat. Ktoś zaraz powie: "Jesteś wolnym człowiekiem, nic Cię nie trzyma na miejscu, jedź i odkrywaj" No cóż, moja sytuacja jest trochę inna. Związałem się z taką instytucją, z której odejście przez najbliższe 10 lat nie byłoby proste, poza tym jest to stabilna robota, dobry start w życie, a nie jestem takim szaleńcem, żeby wszystko zostawić i jechać. Po prostu nie wypleniłem z siebie wygodnictwa, z którym w podróży się trzeba definitywnie pożegnać.
Czekam również z niecierpliwością na szeroką falę hejtu, w stylu : "Pojechał na dwutygodniowy wyjazd i od razu wielki podróżnik", "Zgapia z youtuberów", "Raz jechał na stopa i robi z tego nie wiadomo jaki reportaż"Nie będę się nikomu tłumaczył z tego co robię. Chcę pokazać punkt widzenia człowieka początkującego w spaniu gdzie popadnie, mającego dwa do czterech tygodni wolnego na włóczenie się, człowieka nad którym poczucie bezpieczeństwa (czyt. wygodnictwo) w wielu przypadkach bierze górę i sporo się jeszcze musi nauczyć. Co do autostopowego doświadczenia, to mogę Wam powiedzieć, że w liceum podróżowanie w ten sposób odbywało się niemal co weekend (a niekiedy w każdy weekend), no a teraz dochodzi doświadczenie w sumie z pięciu krajów, więc coś tam wiem.
Kim jestem? Zwykłym chłopakiem, który lubi zwiedzać nieznane miejsca. W podstawówce i gimnazjum odbywało się to w ten sposób, że rodzice wysyłali mnie na kolonie, za co bardzo im dziękuję (dziękuję również reliktowi komuny, jakim są kolonie dla dzieci pracowników. Mam nadzieję, że to zostanie i prywaciarze, którzy przejęli państwowe spółki nie będą na tym oszczędzać).
Na takich wyjazdach dziecko uczy się samodzielności, otwartości na ludzi. Z resztą dzieciak w drugiej klasie podstawówki ma o wiele mniej wstydu, niż dorosły człowiek, więc jeżeli od małego będzie jeździł w nowe miejsca i poznawał nowych ludzi to nigdy nie będzie miał problemu z nawiązywaniem kontaktów.
Oczywiście na takich wyjazdach nie możesz robić wszystkiego, co ci się podoba. I tutaj dochodzi kolejna sprawa - naturalnie się buntujesz, chcesz więcej, nie chcesz być niewolnikiem zegarka: terminów, zbiórek, zorganizowanych atrakcji. Zaczynasz więc marzyć jak to będzie, kiedy będziesz duży i będziesz robił, co tylko chcesz i jeździł gdzie tylko chcesz.
Niestety kiedy jesteś dorosły, życie daje Ci w pysk, i mówi: "Do roboty robić hajs! Za coś musisz żyć!". Wtedy dwa miesiące wakacji skracają się do dwóch tygodni wypoczynkowego. Wtedy masz dwie opcje: Albo znowu jesteś niewolnikiem biura podróży, płacisz grubą kasę za coś, co te firmy robią hurtowo, oglądasz to co wszyscy, spijasz drinki przy basenie, żresz hotelowe all inclusive, śpisz w ciepłym łóżeczku, nie martwisz się o nic.
Albo na prawdę chcesz odkrywać, poznawać prawdziwych lokalnych ludzi, jeść prawdziwe lokalne jedzenie, obcować z miejscową kulturą. I właśnie takim człowiekiem chcę być ja, i dla takich ludzi dzielę się moim punktem widzenia.
Co do zgapiania z youtuberów. Nie ukrywam, że jestem wielkim fanem kanałów podróżniczych na youtube, podziwiam wszystkich, którzy biorą kamerkę i jadą w świat, szczerze zazdroszczę odwagi i zaradności, która pozwala na wiele miesięcy włóczenia się po świecie. Z tego miejsca pragnę ich wszystkich pozdrowić i życzyć wszystkiego najlepszego w ich podróżach. Czekam z niecierpliwością na każdy Wasz filmik, wiedzcie, że jesteście inspiracją dla wielu ludzi, w tym dla mnie.
Tak, jak wcześniej powiedziałem, przedstawię tutaj mój punkt widzenia nawiązując do innych podróżników, postaram się pokazać, że dwa tygodnie wypoczynkowego to sporo czasu, jak sobie tanio radzić gdy przyjdzie chwilowy kryzys oraz podzielę się tajnikami efektywnego jeżdżenia stopem.
Mam nadzieję, że zachęciłem do dalszego czytania. Przepraszam wszystkich grammar nazi, za błędy w ortografii i interpunkcji (nie jestem dumny z wyniku mojej matury z Polaka)
Siemaneczko!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
