Witajcie drodzy czytelnicy!
Jako, że za tydzień wybieram się na kolejną wyprawę należy powoli kończyć opowiadać o tej zeszłorocznej.
W zeszłym roku założenie było takie, żeby po dotarciu do Barcelony spędzić tam dwa dni i ruszyć dalej w drogę wzdłuż wybrzeża morza śródziemnego. Niestety po francuskiej przygodzie odechciało nam się autostopowania. Możecie powiedzieć, że jesteśmy słabi i żadni z nas podróżnicy, tylko turyści, jednakże była to pierwsza tak daleka podróż na stopa w naszym wykonaniu, a przygody trzeba dawkować. W tym roku bogatszy o doświadczenie na pewno wytrwam do końca zakładanej trasy.
Montpellier nie przywitało nas miło. Lało niemiłosiernie, ulice dosłownie pływały. Moje trampy wyglądały, jakbym się w nich kąpał. Zdecydowaliśmy się odpuścić sobie jechanie nad morze (jakieś 7, 8 km) i postanowiliśmy poszukać taniej kimy w mieście. Wsiedliśmy więc w tramwaj w stronę głównego dworca w celu zasięgnięcia informacji właśnie tam. Niestety okazało się, że tory tramwajowe są obecnie w przebudowie
i ujechaliśmy tylko kilka przystanków do jakiejś szemranej dzielnicy.
Nie ukrywam, że pomimo tego, iż w takich podróżach mam w zasięgu ręki gaz policyjny, który jest w stanie obezwładnić człowieka na dobre pół godziny to autentycznie miałem wtedy stracha. Ciemno, zimno, do domu daleko, a bez pytania
o drogę ani rusz. W dodatku naokoło same nieprzyjemne twarze kroczące w strugach deszczu przez ciemne ulice. No cóż, jakoś daliśmy radę dotrzeć do następnego tramwaju bez żadnych nieprzyjemnych sytuacji.
W tramwaju odniosłem wrażenie, jakbym był w północnej Afryce - na serio! Spotkać jakąś stricte europejską twarz graniczyło z cudem. Nie znalazłem żadnych danych na ten temat, ale populacja ludności północno - afrykańskiej musi tam być na prawdę duża.
Na dworcu bardzo miła pani dała nam mapkę ze wskazaniem najtańszego hostelu w mieście. Znajdował się on w ścisłym centrum miasta pośród historycznej zabudowy. Przeczekaliśmy największy deszcz i ruszyliśmy w stronę starówki. Starówka Montpellier jest na prawdę przepiękna. Korzenie tego miasta sięgają VII w. Najbardziej utkwił mi w pamięci Place de la Comedie i park gen. de Gaulle'a. Ciekawostka - mają nawet pomnik Lenina wybudowany jakieś 6 lat temu :P
Hostel godny polecenia - przemiła Pani przyjęła nas z uśmiechem, pomimo tego, że już spała i ją obudziliśmy. Wręcz biegała po piętrach pokazując nam udogodnienia dla gości posługując się przy tym pojedynczymi angielskimi słowami - "bathroom, here - free, wifi - free" :D :D Po szybkim prysznicu padliśmy jak kaczki.
Następnego dnia czekała nas trasa widniejąca na ostatniej stronie atlasu. Wstaliśmy bez budzika bardzo wcześnie i wsiedliśmy w tramwaj do miejscówy, którą pokazał nam Fabien. Miejscówa do dupy - duże rondo bez żadnej możliwości zatrzymania się, zero przystanków, nic. Faktycznie był to wjazd na autostradę, jednakże prosto z ronda wjeżdżało się na most, na który pieszym wstęp wzbroniony. Na rondzie spotkaliśmy dziwnego dziadka w klapkach łapiącego stopa na środku drogi, co rusz to w innym kierunku. Pewnie spierdzielił z domu opieki, a dzieci dawno mają go w tyłku. Smutne to trochę.
Jako, że miejscówa w ogóle nie nadawała się na łapanie, wbiliśmy się do maka na wifi i obczailiśmy na hitchwiki dogodne miejsce do wydostania się z miasta. Golnęliśmy się tam tramwajem i po 20 minutach stania pędziliśmy małym wyładowanym peugeotem do Beziers. Zostaliśmy wysadzeni na bramkach, gdzie zatrzymała nam się dziewczyna w hidżabie (to one mogą bez pozwolenia mężczyzny
z rodziny zadawać się z obcymi typami?). Bardzo miłe zaskoczenie. Porozmawialiśmy sobie o ich kulturze, o życiu. Bardzo sympatyczna dziewczyna. Była wielce zdziwiona, że pomimo naszego wieku (21 i 23 lata) nie mamy żon, ani dzieci. Ona miała 20 i miała trójkę dzieci. No cóż, taka kultura. Ważne, że jest zadowolona i szczęśliwa :)
Wysiadając na parkingu przed bramkami w Narbonie natknęliśmy się jeszcze na kilka ekip podróżujących w ten sam sposób. Jednymi z nich była trójka młodych Rosjan. W trójkę ciężko złapać, ale mieli w składzie dziewczynę, więc szanse się równają. Byłem miło zdziwiony, że mój ruski wcale nie jest taki zły. Spoko ludzie, przylecieli do Barcelony samolotem, a teraz przebijają się na stopa do Mediolanu.
Trochę tam postaliśmy, w końcu dostaliśmy się na stację benzynową pod Perpignan. Spotkaliśmy tam kolejnych stopowiczów - dwóch angoli, i dwie młode Rosjanki. Kultura autostopowa w tej sytuacji wymaga ustawić się na samym końcu. Koleżanki okazały się bardziej wytrawnymi stopowiczkami. Miały również, co ważne więcej czasu. Gdybym miał wolne 3 miesiące też bym dalej zajechał :P Dziewczyny przejechały już ponad 5 tys. km z Petersburga do Lizbony, potem przez Hiszpanię do Perpignan, a teraz cisną do Andory. Szacun.
Nie pocieszyły nas za bardzo mówiąc, że spały dzisiaj na terenie tej stacji
i łapią przez cały dzień, ale pomyśleliśmy, że pewnie do Andory trochę ciężej się dostać, niż do Hiszpanii. No cóż, jak się nie uda to mamy z kim obozować :) Pomimo tego, że staliśmy ostatni, stopa złapaliśmy pierwsi. Zatrzymał się hiszpańskojęzyczny Francuz mieszkający na stałe w Gironie, który podwiózł nas właśnie tam. Wtedy zaczęliśmy się zastanawiać, czy to dobra decyzja, ponieważ było już ciemno, zaczął padać deszcz, a na tej stacji samochód pojawiał się średnio co 10 minut i nikt nie chciał się zatrzymać. Perspektywa zostania na poprzedniej stacji z koleżankami
i wspólne obozowanie wydawały się o wiele lepsze, niż rozkładanie starego namiotu
w deszczu.
Po godzinie stania miałem już dosyć - zacząłem łazić i się pytać, czy ktoś by nas nie zabrał. Mój towarzysz był temu przeciwny - nie chciał się nikomu prosić. Taktyka "koniec języka za przewodnika" okazała się skuteczna - para Francuzów jadących do Barcelony po kilkuminutowych negocjacjach zgodziła się nas zabrać ze sobą. Para jak z obrazka - dobrze ubrani, drogie dodatki itp. Sami dużo jeżdżą, ale
z opowieści wynikało, że z największymi wygodami - hotele, wykupywanie wycieczek
z przewodnikami i tak dalej. Zabrali nas trochę niechętnie, panienka nic nie mówiła, bo angielski nie był jej najmocniejszą stroną, za to koleś oblatany w trzech językach. Pogadaliśmy o Ameryce południowej i narobił mi jeszcze większego smaka na tamte rejony.
Około 22 dotarliśmy do centrum Barcelony! Całe zmęczenie odeszło na bok. Nie spieszyło nam się do spania - poszliśmy odkrywać. Co odkryliśmy opowiem Wam później :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz