Pewnie już urlopujecie, albo tak jak ja planujecie nową przygodę. Wielu z Was pewnie powie, że sytuacja w Europie nie napawa optymizmem i nie macie zamiaru ruszać się poza Wasz powiat, ale gdyby każdy z podróżników i odkrywców tak myślał, to nadal nie znalibyśmy Ameryki, Afryki, czy Azji.
Już w zeszłym roku sytuacja we Francji była nieciekawa, a jednak zdecydowałem się tam pojechać. Z resztą nie ma innej drogi lądowej do Hiszpanii :P Dzisiaj dalej o tym jakże przemiłym Państwie....
Za bardzo się nie wyspałem na tym francuskim Orliku. Co chwilę ktoś łaził, blisko do drogi. Zwinęliśmy się stamtąd ok. 6 rano. Camping był w fajnym miejscu, bo zaraz obok była droga z szerokim poboczem, gdzie samochody nie jeździły zbyt szybko, więc dobra miejscówa co łapania.
Pierwszy stop tego dnia przyszedł szybko. Oczywiście panienka ni w ząb żadnego innego języka niż francuski, więc trzeba było się porozumiewać za pomocą palca i mapy. Z perspektywy czasu cieszę się, że miałem we Francji papierową mapę - spora pomoc w komunikowaniu się na migi :P. Ujechaliśmy z nią jakieś 50 km do następnej większej miejscowości przy autostradzie A7 - Montelimar.
Faktycznie były to przedmieścia tej miejscowości - wjazd na autostradę w kierunku Montpellier. Miejscówa do łapania na oko idealna - spory plac przed samiutkim wjazdem, samochody jadą powolutku, nawet kilka aut stoi i kręci mini pauzę. W razie czego jakieś 500 m dalej, na drodze krajowej stacja benzynowa. Miód malina myślimy - zaraz coś złapiemy.
Było to największe stopowe rozczarowanie ever - przez 5 bitych godzin nic. Oczywiście nie koczowaliśmy przez cały czas w tym samym miejscu. Dwa razy zmienialiśmy miejscówkę - na CPN i z powrotem.
Najczęściej spotykanymi ludźmi na tym wjeździe byli Holendrzy załadowani po samiutki dach, jadący na lazurowe wybrzeże z rodzinkami - taka nasza wersja Janusza parawaniarza - nawet gdyby chcieli się zatrzymać, to nie mieli jak. Raz udało nam się zagadać, to pani holenderska Grażyna stwierdziła, że ona nie lubi autostopowiczów
i sobie nie życzy z nami rozmawiać. No cóż, nie będziemy się narzucać.
Wszyscy napotkani Francuzi, którzy tam stali, albo nie chcieli w ogóle rozmawiać, albo nie rozumieli, albo pokazywali, że w miasteczku jest stacja TGV. Czasem też pytali, czy znamy stronę blablaCar.... Ludzie, czy tak ciężko zrozumieć o co chodzi
w łapaniu stopa? Gdybym chciał się po prostu przemieścić z punktu A do punktu B to bym kupił sobie tani bilet na samolot i sprawa załatwiona. Autostop jest przygodą samą w sobie - podróżą kulturoznawczą na przekór all inclusive i klepaniu tych samych schematów co wszyscy. Na serio następnym razem jadąc na zachód wywieszę sobię tabliczkę - "TAK, Wiem co to transport publiczny. TAK, stać mnie na bilet. NIE, nie chcę podwózki na dworzec"
Koniec końców przenieśliśmy się na stację benzynową - uzupełnić wodę i takie tam. Bardzo miły "Ciapaty" sprzedawca rodem z Algierii mówił świetnie po angielsku, również był zdziwiony naszym sposobem podróżowania i też wysyłał nas na pociąg. Nie pytaliśmy w jaki sposób wyemigrował z Algierii, bo nie wypada :P
Przy drodze krajowej na tej stacji też nam trochę zeszło, zanim zatrzymał się pierwszy samochód - Hiszpan, który jechał prościutko do Barcelony. Nawet by nam to pasowało, bo już mieliśmy powoli dosyć Francji, gdyby nie fakt, że miał tylko jedno wolne miejsce :( Później poleciało z górki i mimo tego, że niektóre nasze przejażdżki miały po 10 km to braliśmy wszystko jak leci, byle dalej. Z ciekawszych osób z tego odcinka drogi bardzo dobrze wspominam kolejnego przedstawiciela ludu bliskiego wschodu - gościa jarającego zielsko za kierownicą. Dał nam nawet trochę owoców na drogę! Fajne też były dwie prześliczne dziewczyny, z którymi jechaliśmy jakieś 5, może 7 km - specjalnie zawróciły, żeby nas podwieźć.
Dziwnym trafem znaleźliśmy się w miejscowości Ales oddalonej od autostrady
o jakieś 70 km na zachód. No cóż, byle dalej nie zawsze oznacza po drodze :P Mimo późnej pory i deszczu zdecydowaliśmy się łapać dalej - jak się nie uda to najwyżej pójdziemy do cyrku, który był niedaleko. Na pewno nas przyjmą pod "dach".
o jakieś 70 km na zachód. No cóż, byle dalej nie zawsze oznacza po drodze :P Mimo późnej pory i deszczu zdecydowaliśmy się łapać dalej - jak się nie uda to najwyżej pójdziemy do cyrku, który był niedaleko. Na pewno nas przyjmą pod "dach".
Na szczęście złapaliśmy super kolesia - Pozdrawiam Cię Fabien!!! Dał nam on po browarku, pogadaliśmy o jego podróżach i zaproponował podwózkę w okolice Montpellier. Momentami bałem się o swoje życie, bo mimo okropnej burzy, zerowej widoczności, rozklekotanego Peugeota i chujowej wycieraczki model gnał 100 km/h. Obyło się na szczęście bez przygód.
Z racji burzy Fabien zaoferował nam podwózkę do samego Montpellier nadrabiając przy tym z 70 km. Pamiętajcie - karma wraca. Jemu ktoś kiedyś pomógł
w podróży, on pomógł nam. Ja również staram się pomagać zagubionemu przybyszowi na dworcu centralnym, czy zdezorientowanemu japońskiemu nikoniarzowi na Nowym Świecie. Nasz kierowca oprócz podwiezienia nas na główną pętlę tramwajową dał nam do siebie namiary i zaoferował kimę w Paryżu, jeżeli kiedykolwiek będziemy jej potrzebować. Całe szczęście, że mieliśmy do niego numer, bo po 10 minutach od jego odjazdu skapnęliśmy się, że u niego w bagażniku został nasz namiot. Szybki telefon i mamy go z powrotem.
w podróży, on pomógł nam. Ja również staram się pomagać zagubionemu przybyszowi na dworcu centralnym, czy zdezorientowanemu japońskiemu nikoniarzowi na Nowym Świecie. Nasz kierowca oprócz podwiezienia nas na główną pętlę tramwajową dał nam do siebie namiary i zaoferował kimę w Paryżu, jeżeli kiedykolwiek będziemy jej potrzebować. Całe szczęście, że mieliśmy do niego numer, bo po 10 minutach od jego odjazdu skapnęliśmy się, że u niego w bagażniku został nasz namiot. Szybki telefon i mamy go z powrotem.
Następnym razem opowiem Wam trochę o włóczeniu się po Montpellier, pływających ulicach i prześmiesznej właścicielce hostelu :D
Planuję następną przygodę - muszę zainstalować nową Fedorę na PC!
OdpowiedzUsuńParszywa reklama Linuxa :-P
Usuń