Uśmiech to najważniejsza rzecz w trasie

Uśmiech to najważniejsza rzecz w trasie

piątek, 18 marca 2016

Fahren Sie nach Nürnberg ?

Czołem!
Dawno mnie nie było, pochłonęło mnie szusowanie we francuskich Alpach. Bardzo fajne stoki, tylko naród dziwny, ale to później :P
Wiecie już jak się jeździ po Polsce, więc jak to mówił ojciec "Bolca" w znanej komedii pora "opuścić ciepły kurwidołek" :D. Tak więc przed Wami pierwszy dzień moich zeszłorocznych zmagań.
           Najpierw jednak opowiem Wam jak to się stało, że nie pojechałem sam. Początkowy plan to zero planów - kompletnie krzywy ryj. Jako, że mam dość długi jęzor,
co z resztą duża część z Was zdążyła już pewnie zauważyć - powiedziałem o mojej wyprawie wielu znajomym. Tak się złożyło, że uczestniczę w spotkaniach społeczności portalu Couchsurfing.com więc siłą rzeczy kilkoro jej członków również zostało wtajemniczonych w temat. 
Znalazł się tam ziomeczek z Meksyku, który robił w Polsce wolontariat z organizacji AIESEC i akurat kończył mu się turnus. Okazało się, że tak jak ja ma cały sierpień wolny, bo bilet powrotny do Mexico City ma dopiero we wrześniu. Zapytał mnie, czy może ze mną jechać na tego stopa do Hiszpanii. Kurde, czemu nie? We dwóch zawsze raźniej, nigdy nie byłem w Hiszpanii, więc nie wiem, czy rozmawiają po angielsku, a warto mieć native speakera na podorędziu :) Dogadaliśmy szczegóły przy browarku i heja! 
            Pierwszy dzień naszej przygody, to polski obiad u mojej Mamy, wycieczka po Inowrocławiu, browarek na ryneczku  i wódeczka w kuchni. Jaki ja byłem zadowolony,
że po tylu wizytach u kogoś w końcu mam okazję gościć kogoś u siebie! Już nie mogę się doczekać wyprowadzki z akademika, odliczam dni ;) Konto na couchu zacznie wreszcie działać w obie strony.
             Następnego dnia z wypakowanymi plecakami, w idiotycznych kapeluszach (mój to jeszcze jako tako, Brian miał wielgachne Sombrero) z samego rana lecimy na przystanek, żeby dostać się na wylotówkę z miasta

           Oczywiście w autobusie mpk linii 16 do jedynej słusznej robotniczej dzielnicy wzbudzaliśmy niemałe zainteresowanie. Jak zwykle znaleźli się Janusze, dla których wielką sensacją jest, gdy ktoś gada po angielsku, dresiarskie gimby patrzące spode łba
i typy pukające się w czoło. Najmilej mi się zrobiło, gdy podbiła do nas starsza pani
i życzyła miłych wakacji :) Jedno miłe słowo warte jest o wiele więcej niż masa hejterskich spojrzeń.
          Po wyjściu z autobusu mieliśmy jeszcze z kilometr do przejścia. Ważna rzecz - jeśli ktoś Was wysadzi pośrodku miasta obczajcie sobie autobus na przedmieścia. Dobre miejscówy do łapania stopa możecie znaleźć na portalu hitchwiki.org
Po wyciągnięciu tabliczki z napisem "POZNAŃ" staliśmy może ze 20 min, większość samochodów wskazywała palcem do dołu, co znaczy, że są miejscowi i nie jadą daleko. Zatrzymała się nowiutka astra z literką "B" na blachach. Myślę sobie: "kurde co to za blachy, Białoruś? Po rusku mam gadać?" No debil, jakbym nie widział białoruskich tablic
w każdą niedzielę w okolicach giełdy. 
Pierdzielę w Polsce jestem, po polsku będę gadał. Koleś powiedział, że podwiezie nas
do Gniezna, bo dalej wbija się na autostradę i do Poznania nie będzie skręcał. Po drodze wyszło, że jedzie do Belgii przez południową obwodnicę Berlina, co odpowiadało nam wręcz zajebiście. "Ale nie wysadzę Was przecież na autostradzie" - typie, chyba nigdy stopa nie łapałeś, ogarnięte mamy. 
I w ten oto sposób jednym stopem przejechaliśmy 394 km, o 12 byliśmy pod Berlinem,
a dokładniej na raststätte Michendorf - świetnym spocie do łapania stopa na południe Niemiec. 
         Na stacji pierwsze co robię, to obchód, czy nie ma polskich tirów i innych samochodów mogących jechać w tę samą stronę. Ciężarówki owszem były, tylko jakimś trafem wszyscy kierowcy cisnęli w knura. Nie miałem serca ich budzić. Znaleźliśmy także kolunia, który coś grzebał przy VW T3 na polskich blachach. Po zagadaniu, czy nie potrzebuje pomocy i gdzie jedzie odpowiedział, że Frankfurt nad Menem. Myślę sobie,
że kolejny fart. Koleś otwiera Vana, a tam dzieciaczek z 1,5 roczny, i ciężarna żonka.
No nieźle, przy takim stanie rzeczy dotrzemy do Frankfurtu za jakieś 12 h. Chwila miłej pogawędki i odwrót - mega spoko ludzie, ale jednak taka podróż byłaby trochę męcząca dla nas wszystkich. Postanowiliśmy więc zrobić sobie lunchyk, walnąć browarka i rozbić się na wylocie ze stacji. 


             Tutaj pierwsze schody, gdyż mój maksymalny czas oczekiwania na stopa w Polsce wynosił 45 min. Nie spodziewałem się, że tutaj będę czekał godzinę :/ Ale dobra zatrzymuje się młody Niemiec, mówi, że do Norymbergi jedzie. Czyżbyśmy mieli dojechać do Norymbergi na dwa stopy? 
Nic z tych rzeczy, koleś w Lipsku musi nas wypierdzielić, bo bierze blablacarów. Zacząłem bardzo nie lubić tego słowa po tym wyjeździe :P No cóż, my nie płacimy hajsów, dobry
i Lipsk. Okazuje się, że nie wszyscy Niemcy jeżdżą dopicowanymi furami. Znajdą się też normalni ludzie, którym nie działa klima w golfie, mają klamki na patencie i szyba od pasażera domyka się kiedy chce :D Poczułem się jak u siebie hahaha.
        W sumie wdzięczny byłem, że nie pojechaliśmy tym golfem do samej Norymbergi. 
Nie złapalibyśmy nowiutkiego audi A8, w którym po zapakowaniu między nogi 75 l plecaków było jeszcze sporo miejsca i którego kierowca cisnął bez mała 3 paki nie patrząc, czy to zakręt, czy nie. W samolocie nie czułem takich przeciążeń :D Co jest ciekawe na niemieckich drogach? 
- Na każdej stacji buli się za kibel. Jeśli masz do zrobienia jedynkę, to nie ma problemu, gorzej jeśli przyciśnie. Nawet babcie klozetowe są! ;
Co jeszcze? - automaty z gumkami w toaletach. Popieram jak najbardziej tę sprzedaż, chociaż oprócz kondomów mają tam jakieś dziwne erotyczne zabawki, które mogliby sobie darować :P;
- Panele słoneczne, albo wiatraki dosłownie na całej długości drogi;
- Na większych stacjach są hotele, mega wielkie markety a nawet ero markety.
Bywałem wcześniej w Reichu swoim samochodem, mam więc małe info dla kierowców:
- to nieprawda, że nie ma ograniczeń prędkości na autobahnie. Na większości odcinków jest to 130 km/h w niektórych miejscach mniej, ze względu na zjazdy i rozjazdy. Brak ograniczeń jest tylko wtedy, gdy pojawi się stosowny znak (podobny jak u nas);
- karta payback wyrobiona na polskiej stacji zagramanico nie działa :( 
- nie siedzcie nikomu na zderzaku, autobahnpolizei bardzo tego pilnuje.
Ale wracamy do łapania stopa :P 


Pod koniec dnia złapaliśmy dwójkę młodych Niemców, którzy porozumiewali się po angielsku z filmowym amerykańskim akcentem. Jak się dowiedzieliśmy od kolesia (trenera futbolu amerykańskiego) mieszkał wcześniej w stanach przez kilka lat. Z Brianem od razu złapali wspólny język (nic dziwnego, oboje lubią te dziwne szachy na trawie:P) Pytali się nas, gdzie dzisiaj śpimy. Strasznie byli zdziwieni, kiedy odpowiedzieliśmy, że gdziekolwiek. Nasz kierowca opowiedział nam, jak się łapie stopa w USA i jak to w pewnym Stanie wylądował za to na dołku na 48 h :P Zdecydowanie tam jadę :P
Jako, że robiło się ciemno podwieźli nas na camping w miasteczku Schwäbisch Hall.
O szwabskich campingach pisałem wcześniej. Żałuję, że nie miałem wtedy czołówki
i czegoś bardziej przeciwdeszczowego - nie rozkładałbym wtedy namiotu przemoknięty
i z latarką w zębach :/
         Będąc otwartymi ludźmi zagadaliśmy do dwóch młodych typków spijających piwerko pod daszkiem. Jakież było moje zdziwienie, gdy koleżka odezwał się do mnie po polsku :) Miło spotkać potomków Polaków, którzy w życiu nie mieszkając w ojczyźnie rodziców znają ten język perfekcyjnie. Serce rośnie. Jak kiedyś będę miał zagraniczną żonkę, moje dzieciaki na pewno będą znały polski :P
Jakie wnioski z pierwszego dnia? - Warto łazić i pytać, zanim zaczniecie stać ze znakiem.
- Niemcy są niesamowicie pomocni (może nadal próbują zadośćuczynić za dwie wojny?);
- Jednak towarzystwo się przydaje. Jeżdżąc sam chyba na prawdę będę musiał sobie kupić kamerę i do kamery gadać :) 
W następnym odcinku następny dzień przygód, trochę zdjęć i opis najdziwniejszej chałupy w jakiej kiedykolwiek przyszło mi spać 
Bajo!

czwartek, 3 marca 2016

Co ze sobą zabrać, ewentualnie kogo

Dzień dobry bardzo :)
Dzisiaj ciąg dalszy stopowych porad (spokojnie, przyjdzie czas na opowiadanie
o przygodach :P)
            Wiecie już gdzie stać i łapać, a gdzie tego nie robić. W sumie róbta, co chceta - pamiętajcie jednak, że jak to mawia "Krul" w Eurokołchozie mamy ustrój policyjny, więc jak będziecie stali, gdzie nie wolno - na pewno za to zapłacicie i to słono.
             Wcześniej była mowa raczej o jednodniowych wypadach, teraz przyszło opuścić ciepły domek i wyruszyć zwiedzać świat :P Co ze sobą zabrać na te dwa tygodnie wypoczynkowego? 
Pewnie nie muszę tego mówić osobom, które spędziły dzieciństwo na wypadach pod namiot z rodzicami i świetnie pamiętają wyładowanego po sam dach malucha, czy inne czinkłaczento. Z rozrzewnieniem wspominają trzymanie namiotu w czasie burzy, zbieranie chrustu, palenie ogniska i mycie się w jeziorze. 
Jeżeli jednak w Twoich wspomnieniach pojawia się tylko hotel na Majorce, a chciałbyś spróbować jak się bawi proletariat, to poczytaj.
              Pierwsza rzecz to plecak. No bo chyba nie chcesz cały czas trzymać w ręce swojej prawilnej sportowej torby, a Twoja designerska walizka na kółkach raczej się
w krzaki nie nadaje :P
Ja zakupiłem swój plecak na portalu ogłoszeniowym. Za używany 75 l plecak zapłaciłem 140 zł. Porządna firma, możliwość regulacji pasków do wzrostu, nieprzemakalność, pojemność no i w przypadku bycia grubasem bardzo ważna rzecz - wentylowane plecy. Co do nieprzemakalności to pamiętajcie, żeby go w miarę możliwości nie prać, a jak już musicie to potem spryskajcie impregnatem, żeby tę nieprzemakalność zachować. 

        
          Następna sprawa to kima. Oczywiście śpiworek i karimata to podstawa.Weźcie sobie taki śpiwór, żeby nie zabierał dużo miejsca po zwinięciu i był lekki - każdy dodatkowy kilogram daje się we znaki stojąc piątą godzinę przy autostradzie. Jeżeli przyjdzie Wam zdezerterować i wracać do domu samolotem, to opłat za nadbagaż też pewnie chcielibyście uniknąć. Mój ważył 16 kg - tanimi liniami przewieziecie bez większych dopłat jakieś 23 kg.  Co do karimaty, ja żałuję, że nie wziąłem sobie dmuchanej, bo z racji bycia knurem lubię spać na miękkim. Ale jak wam nie przeszkadza spać na gołej ziemi, to
na dobrą sprawę starczy wam kawałek ceraty, żeby wam mokro w dupę nie było :P
Teraz rodzi się pytanie, czy opłaca się brać namiot? To jest wysoce dyskusyjna kwestia, czy latem on się przydaje, czy nie. No ale jak to? Deszcz ma mi napierdzielać na głowę?
I tutaj przychodzi z pomocą kolejny kawałek ceraty. Jaki kawałek ceraty? - Jakikolwiek, byleby nie przepuszczał wody. Możecie zajumać babci ze stołu, albo podpierdzielić zasłonę od prysznica z akademika - wybór dowolny. Rozkładacie na kilku kijkach i sprawa załatwiona :P
Jeżeli jednak macie namiot, który się szybko rozkłada i zabiera mało miejsca (zdecydowanie nie mój :P) to polecam zabrać - zdecydowanie lepsza osłona przed deszczem i wiatrem.
          Kolejna potrzeba niższego rzędu to szama. W sumie jak macie hajs, to możecie się stołować w knajpach - droga wolna. Zakładam jednak, że jedziecie kompletnie na krzywy ryj, a coś trzeba jeść, co nie? Trzeba więc mieć w czym gotować. Bardzo przydatne okazują się wojskowe rzeczy dostępne na allegro za kilka złotych - menażka i niezbędnik (nóż, łyżka i widelec z otwieraczem do puszek). Polecam kupić sobie jeszcze metalowy kubek - w markecie poniżej pięciu złotych. 
Co w tym będziecie gotować, to już Wasza sprawa. Polecam zabrać parę konserw, kilka torebek ryżu, jakieś chińskie zupki. W warzywka łatwo zaopatrzyć się na miejscu. Ceny żarcia na zachodzie nie są takie złe, jak wiecie gdzie szukać. Znacie ryneczki i bazarki? Miejsca zanikające, ale warte odwiedzenia. Znajdziecie je na całym świecie. 
Dobra jest co gotować, jest w czym, ale w krzakach nie ma  przecież kuchenek. A po co nasi jaskiniowi przodkowie wymyślali ogień? Chyba nie po to, żebyśmy wszystko robili
na prądzie :P
Ok, w Eurosojuzie dużo rzeczy nie wolno, z resztą palenie ogniska w czasie suszy świadczy o brakach w rozumowaniu. Jeżeli jedziecie na cywilizowany camping, to sprawa jest prosta - jest kuchnia, można korzystać. Gorzej, jeśli śpicie w krzakach, a o ognisku
nie ma mowy. Wtedy warto zakupić małą kieszonkową kuchenkę na naboje gazowe. Zajmuje na prawdę niewiele miejsca, a jeden nabój starcza na jakieś 4 godziny, przy odkręceniu gazu na maksa. Koszt? 50 - 100 zł, jeden nabój od 10 do 30 zł.
            Dobra, jakoś dajemy radę przetrwać, ale nie chcemy chyba śmierdzieć. Może spotkamy na swojej drodze jakąś płeć przeciwną? Nie bierzcie dużo ubrań - po 4 sztuki bielizny, koszulek starczy na lajcie. Zorganizowanie czystej wody do umycia się i wyprania rzeczy wcale nie jest takie trudne. Na campingach są prysznice. Zwykle trzeba płacić
za ciepłą wodę, ale przecież nie jesteście turystami i dacie radę w zimnej, nie? Co do rzek
i jezior - używajcie rozkładających się kosmetyków i detergentów - szare mydło i te sprawy. Inni też będą chcieli skorzystać z wody nie zanieczyszczonej chemicznym ścierwem :)
Kontynuując temat ubrań - słuchajcie się Mamy i pani z przedszkola, które zawsze mówiły, żeby ubierać się na cebulę (Janusz pewnie uśmiecha się teraz pod wąsem :)). Polarek, kurtka przeciwdeszczowa, jedne długie spodnie, dres, trampki. Te ostatnie ratują życie, gdy zdążyłeś spalić stopy na słońcu popylając w sandałach. Mogłem patriotycznie ubrać
do nich skarpety - nie pomyślałem :(
          Z rzeczy przydatnych:
Sznurek, trytki - często zdarza się, że coś pierdyknie (szczególnie w starym namiocie
i trzeba łatać);
Szara taśma - ta sama śpiewka;
Multitool z ostrym nożem - chyba nie chcecie robić wszystkiego nożem od niezbędnika;
Latarka czołówka - jeżeli nie lubicie rozkładać namiotu z latarką w zębach;
Magnez, plastry, woda utleniona, leki na sraczkę - wiadomo; 
Gaz pieprzowy - pewnie nie użyjecie, ale na wszelki wypadek;
Nerka zwana kołczanem prawilności - żeby mieć papierki w bezpiecznym miejscu;
Zapalniczka - jeżeli jesteście słabi, i nie umiecie rozpalić ognia dwoma patykami;
Papier toaletowy - dużo papieru;
Stary telefon - bateria trzyma tydzień;
Pisaki do pisania nazw miast na kartonie - najlepiej kilka;
Butelka na wodę - jedna w zupełności starczy;
Chusteczki nawilżane - jak nie ma wody;
Worki na śmieci - przedmiot wysoce przeciwdeszczowy;
Krem z filtrem - żeby w nocy nie wyć z bólu;
EKUZ, lub karta Euro26 - EKUZ bezpłatnie w NFZ - Ubezpieczenie zdrowotne na terenie całej Unii, Euro26 - 84 zł rocznie na cały świat bez USA i Kanady.


Ostatnia i najważniejsza rzecz, jaką trzeba ze sobą zabrać to otwarta głowa i zdrowy rozsądek. Umiejętność oceny sytuacji i to komu można zaufać to na takim wyjeździe sprawy podstawowe.
           Co się tyczy towarzystwa. Na pewno nie macie dużo takich znajomych, którzy wybraliby się z Wami na dziką wyprawę nie wiedząc, gdzie znajdą się następnego dnia. Nic nie szkodzi. Zawsze możecie jechać sami. Jakie to ma zalety? Nikt Wam nie pierdzieli nad uchem co macie robić, nikt nie marudzi, że Wasz pomysł na dzisiejszy dzień był bez sensu. Jesteście sami sobie sterem, żeglarzem i rybą. Z drugiej strony, gdy długo nic
nie możecie złapać oraz wieczorem, gdy rozbijacie obóz nie ma do kogo gęby otworzyć. Moje zdanie w tej sprawie jest takie: w dzisiejszych czasach jest tyle portali zrzeszających podróżników, że na prawdę wystarczy wysłać parę zapytań, by wieczorem walić browar
z gościem z drugiego końca świata. Nie bójcie się z tego korzystać. Na całym świecie ludzie są dobrzy. Inna sprawa, jeżeli jesteście w związku (Ale co ja mogę o tym wiedzieć :P) Szczerze zazdroszczę kolesiom, których dziewczyny nie wymagają od wspólnego wypadu cudów na kiju, spania w czterogwiazdkowych hotelach i nurkowania z delfinami. Jeżeli już macie kogoś ze sobą zabrać, upewnijcie się, że ten ktoś nie będzie przez cały wyjazd narzekał, jak to jest chu**wo. :)
          Dzięki za to, że jesteście, dzielcie się swoimi doświadczeniami i pamiętajcie,
że marzenia się nie spełniają - marzenia się spełnia :)
Nie usłyszycie ode mnie w przyszłym tygodniu - jadę do Żabojadów w góry pośmigać trochę na sztachetach ;)
Piona!