Dawno mnie nie było, pochłonęło mnie szusowanie we francuskich Alpach. Bardzo fajne stoki, tylko naród dziwny, ale to później :P
Wiecie już jak się jeździ po Polsce, więc jak to mówił ojciec "Bolca" w znanej komedii pora "opuścić ciepły kurwidołek" :D. Tak więc przed Wami pierwszy dzień moich zeszłorocznych zmagań.
Najpierw jednak opowiem Wam jak to się stało, że nie pojechałem sam. Początkowy plan to zero planów - kompletnie krzywy ryj. Jako, że mam dość długi jęzor,
co z resztą duża część z Was zdążyła już pewnie zauważyć - powiedziałem o mojej wyprawie wielu znajomym. Tak się złożyło, że uczestniczę w spotkaniach społeczności portalu Couchsurfing.com więc siłą rzeczy kilkoro jej członków również zostało wtajemniczonych w temat.
co z resztą duża część z Was zdążyła już pewnie zauważyć - powiedziałem o mojej wyprawie wielu znajomym. Tak się złożyło, że uczestniczę w spotkaniach społeczności portalu Couchsurfing.com więc siłą rzeczy kilkoro jej członków również zostało wtajemniczonych w temat.
Znalazł się tam ziomeczek z Meksyku, który robił w Polsce wolontariat z organizacji AIESEC i akurat kończył mu się turnus. Okazało się, że tak jak ja ma cały sierpień wolny, bo bilet powrotny do Mexico City ma dopiero we wrześniu. Zapytał mnie, czy może ze mną jechać na tego stopa do Hiszpanii. Kurde, czemu nie? We dwóch zawsze raźniej, nigdy nie byłem w Hiszpanii, więc nie wiem, czy rozmawiają po angielsku, a warto mieć native speakera na podorędziu :) Dogadaliśmy szczegóły przy browarku i heja!
Pierwszy dzień naszej przygody, to polski obiad u mojej Mamy, wycieczka po Inowrocławiu, browarek na ryneczku i wódeczka w kuchni. Jaki ja byłem zadowolony,
że po tylu wizytach u kogoś w końcu mam okazję gościć kogoś u siebie! Już nie mogę się doczekać wyprowadzki z akademika, odliczam dni ;) Konto na couchu zacznie wreszcie działać w obie strony.
że po tylu wizytach u kogoś w końcu mam okazję gościć kogoś u siebie! Już nie mogę się doczekać wyprowadzki z akademika, odliczam dni ;) Konto na couchu zacznie wreszcie działać w obie strony.
Następnego dnia z wypakowanymi plecakami, w idiotycznych kapeluszach (mój to jeszcze jako tako, Brian miał wielgachne Sombrero) z samego rana lecimy na przystanek, żeby dostać się na wylotówkę z miasta
Oczywiście w autobusie mpk linii 16 do jedynej słusznej robotniczej dzielnicy wzbudzaliśmy niemałe zainteresowanie. Jak zwykle znaleźli się Janusze, dla których wielką sensacją jest, gdy ktoś gada po angielsku, dresiarskie gimby patrzące spode łba
i typy pukające się w czoło. Najmilej mi się zrobiło, gdy podbiła do nas starsza pani
i życzyła miłych wakacji :) Jedno miłe słowo warte jest o wiele więcej niż masa hejterskich spojrzeń.
i typy pukające się w czoło. Najmilej mi się zrobiło, gdy podbiła do nas starsza pani
i życzyła miłych wakacji :) Jedno miłe słowo warte jest o wiele więcej niż masa hejterskich spojrzeń.
Po wyjściu z autobusu mieliśmy jeszcze z kilometr do przejścia. Ważna rzecz - jeśli ktoś Was wysadzi pośrodku miasta obczajcie sobie autobus na przedmieścia. Dobre miejscówy do łapania stopa możecie znaleźć na portalu hitchwiki.org
Po wyciągnięciu tabliczki z napisem "POZNAŃ" staliśmy może ze 20 min, większość samochodów wskazywała palcem do dołu, co znaczy, że są miejscowi i nie jadą daleko. Zatrzymała się nowiutka astra z literką "B" na blachach. Myślę sobie: "kurde co to za blachy, Białoruś? Po rusku mam gadać?" No debil, jakbym nie widział białoruskich tablic
w każdą niedzielę w okolicach giełdy.
w każdą niedzielę w okolicach giełdy.
Pierdzielę w Polsce jestem, po polsku będę gadał. Koleś powiedział, że podwiezie nas
do Gniezna, bo dalej wbija się na autostradę i do Poznania nie będzie skręcał. Po drodze wyszło, że jedzie do Belgii przez południową obwodnicę Berlina, co odpowiadało nam wręcz zajebiście. "Ale nie wysadzę Was przecież na autostradzie" - typie, chyba nigdy stopa nie łapałeś, ogarnięte mamy.
do Gniezna, bo dalej wbija się na autostradę i do Poznania nie będzie skręcał. Po drodze wyszło, że jedzie do Belgii przez południową obwodnicę Berlina, co odpowiadało nam wręcz zajebiście. "Ale nie wysadzę Was przecież na autostradzie" - typie, chyba nigdy stopa nie łapałeś, ogarnięte mamy.
I w ten oto sposób jednym stopem przejechaliśmy 394 km, o 12 byliśmy pod Berlinem,
a dokładniej na raststätte Michendorf - świetnym spocie do łapania stopa na południe Niemiec.
a dokładniej na raststätte Michendorf - świetnym spocie do łapania stopa na południe Niemiec.
Na stacji pierwsze co robię, to obchód, czy nie ma polskich tirów i innych samochodów mogących jechać w tę samą stronę. Ciężarówki owszem były, tylko jakimś trafem wszyscy kierowcy cisnęli w knura. Nie miałem serca ich budzić. Znaleźliśmy także kolunia, który coś grzebał przy VW T3 na polskich blachach. Po zagadaniu, czy nie potrzebuje pomocy i gdzie jedzie odpowiedział, że Frankfurt nad Menem. Myślę sobie,
że kolejny fart. Koleś otwiera Vana, a tam dzieciaczek z 1,5 roczny, i ciężarna żonka.
No nieźle, przy takim stanie rzeczy dotrzemy do Frankfurtu za jakieś 12 h. Chwila miłej pogawędki i odwrót - mega spoko ludzie, ale jednak taka podróż byłaby trochę męcząca dla nas wszystkich. Postanowiliśmy więc zrobić sobie lunchyk, walnąć browarka i rozbić się na wylocie ze stacji.
że kolejny fart. Koleś otwiera Vana, a tam dzieciaczek z 1,5 roczny, i ciężarna żonka.
No nieźle, przy takim stanie rzeczy dotrzemy do Frankfurtu za jakieś 12 h. Chwila miłej pogawędki i odwrót - mega spoko ludzie, ale jednak taka podróż byłaby trochę męcząca dla nas wszystkich. Postanowiliśmy więc zrobić sobie lunchyk, walnąć browarka i rozbić się na wylocie ze stacji.
Tutaj pierwsze schody, gdyż mój maksymalny czas oczekiwania na stopa w Polsce wynosił 45 min. Nie spodziewałem się, że tutaj będę czekał godzinę :/ Ale dobra zatrzymuje się młody Niemiec, mówi, że do Norymbergi jedzie. Czyżbyśmy mieli dojechać do Norymbergi na dwa stopy?
Nic z tych rzeczy, koleś w Lipsku musi nas wypierdzielić, bo bierze blablacarów. Zacząłem bardzo nie lubić tego słowa po tym wyjeździe :P No cóż, my nie płacimy hajsów, dobry
i Lipsk. Okazuje się, że nie wszyscy Niemcy jeżdżą dopicowanymi furami. Znajdą się też normalni ludzie, którym nie działa klima w golfie, mają klamki na patencie i szyba od pasażera domyka się kiedy chce :D Poczułem się jak u siebie hahaha.
i Lipsk. Okazuje się, że nie wszyscy Niemcy jeżdżą dopicowanymi furami. Znajdą się też normalni ludzie, którym nie działa klima w golfie, mają klamki na patencie i szyba od pasażera domyka się kiedy chce :D Poczułem się jak u siebie hahaha.
W sumie wdzięczny byłem, że nie pojechaliśmy tym golfem do samej Norymbergi.
Nie złapalibyśmy nowiutkiego audi A8, w którym po zapakowaniu między nogi 75 l plecaków było jeszcze sporo miejsca i którego kierowca cisnął bez mała 3 paki nie patrząc, czy to zakręt, czy nie. W samolocie nie czułem takich przeciążeń :D Co jest ciekawe na niemieckich drogach?
- Na każdej stacji buli się za kibel. Jeśli masz do zrobienia jedynkę, to nie ma problemu, gorzej jeśli przyciśnie. Nawet babcie klozetowe są! ;
Co jeszcze? - automaty z gumkami w toaletach. Popieram jak najbardziej tę sprzedaż, chociaż oprócz kondomów mają tam jakieś dziwne erotyczne zabawki, które mogliby sobie darować :P;
- Panele słoneczne, albo wiatraki dosłownie na całej długości drogi;
- Na większych stacjach są hotele, mega wielkie markety a nawet ero markety.
Bywałem wcześniej w Reichu swoim samochodem, mam więc małe info dla kierowców:
- to nieprawda, że nie ma ograniczeń prędkości na autobahnie. Na większości odcinków jest to 130 km/h w niektórych miejscach mniej, ze względu na zjazdy i rozjazdy. Brak ograniczeń jest tylko wtedy, gdy pojawi się stosowny znak (podobny jak u nas);
- karta payback wyrobiona na polskiej stacji zagramanico nie działa :(
- nie siedzcie nikomu na zderzaku, autobahnpolizei bardzo tego pilnuje.
Ale wracamy do łapania stopa :P
Pod koniec dnia złapaliśmy dwójkę młodych Niemców, którzy porozumiewali się po angielsku z filmowym amerykańskim akcentem. Jak się dowiedzieliśmy od kolesia (trenera futbolu amerykańskiego) mieszkał wcześniej w stanach przez kilka lat. Z Brianem od razu złapali wspólny język (nic dziwnego, oboje lubią te dziwne szachy na trawie:P) Pytali się nas, gdzie dzisiaj śpimy. Strasznie byli zdziwieni, kiedy odpowiedzieliśmy, że gdziekolwiek. Nasz kierowca opowiedział nam, jak się łapie stopa w USA i jak to w pewnym Stanie wylądował za to na dołku na 48 h :P Zdecydowanie tam jadę :P
Jako, że robiło się ciemno podwieźli nas na camping w miasteczku Schwäbisch Hall.
O szwabskich campingach pisałem wcześniej. Żałuję, że nie miałem wtedy czołówki
i czegoś bardziej przeciwdeszczowego - nie rozkładałbym wtedy namiotu przemoknięty
i z latarką w zębach :/
O szwabskich campingach pisałem wcześniej. Żałuję, że nie miałem wtedy czołówki
i czegoś bardziej przeciwdeszczowego - nie rozkładałbym wtedy namiotu przemoknięty
i z latarką w zębach :/
Będąc otwartymi ludźmi zagadaliśmy do dwóch młodych typków spijających piwerko pod daszkiem. Jakież było moje zdziwienie, gdy koleżka odezwał się do mnie po polsku :) Miło spotkać potomków Polaków, którzy w życiu nie mieszkając w ojczyźnie rodziców znają ten język perfekcyjnie. Serce rośnie. Jak kiedyś będę miał zagraniczną żonkę, moje dzieciaki na pewno będą znały polski :P
Jakie wnioski z pierwszego dnia? - Warto łazić i pytać, zanim zaczniecie stać ze znakiem.
- Niemcy są niesamowicie pomocni (może nadal próbują zadośćuczynić za dwie wojny?);
- Jednak towarzystwo się przydaje. Jeżdżąc sam chyba na prawdę będę musiał sobie kupić kamerę i do kamery gadać :)
W następnym odcinku następny dzień przygód, trochę zdjęć i opis najdziwniejszej chałupy w jakiej kiedykolwiek przyszło mi spać
Bajo!
