Uśmiech to najważniejsza rzecz w trasie

Uśmiech to najważniejsza rzecz w trasie

środa, 24 lutego 2016

Na przekór kupowaniu biletów, czyli przewodnik po autostopie w Polsce

Siemanko! (prawilnie rzecz biorąc: Elo!)
Na początku, chcę podziękować za zainteresowanie. Wiedziałem, że będę popularny (tak, jestem narcystycznym grubasem :P), ale ponad 500 wyświetleń się nie spodziewałem. Dzięki :)
W dzisiejszym odcinku opowiem Wam, jak to się stało, że zacząłem jeździć na stopa.
Postaram się również Was przekonać do tego sposobu podróżowania oraz jak samemu zacząć jeździć.
Co do ostatniego zagadnienia to w zasadzie mógłbym ograniczyć się do jednego zdania: Weź plecak i jedź!
Powiecie pewnie: "Ale jak to? Tak od razu? Gdzie ja złapię stopa, co mam ze sobą zabrać?" Spokojniutko, zaraz powiem (Wielki znawca tematu się znalazł :P). Zacznę jednak od historii całego zamieszania.
                    Będąc beztroskim licealistą mieszkającym w internacie oddalonym od ciepłego domku o bez mała 360 km pojawił się pewien problem. Mianowicie taki, że wypadałoby odwiedzić kochanych staruszków od czasu do czasu. Niestety nie wynaleziono jeszcze teleportu, nie mieszkam w Radomiu, żeby mieć dogodne połączenie lotnicze z całym światem, a samochód w wieku lat 16 odpada.
Zostało mi więc bujać się pociągami.
                    Na początku rzeczywiście to tak wyglądało: pociąg, przejazdy z dworca i na dworzec. Cztery dychy w jedną stronę, jak nic. Jak wszyscy doskonale wiemy, kieszeń licealisty jest o wiele uboższa, niż kieszeń studencka, więc należałoby znaleźć inny sposób na częstsze odwiedzanie domu. Tutaj z pomocą przychodzą starsi, bardziej doświadczeni oraz z racji dłuższego mieszkania w internacie bardziej poryci koledzy.
Otóż w tym wspaniałym liceum istnieje długoletnia tradycja jeżdżenia, jak to określił Pan Dyrektor: "Na łapę".
Pomyślałem sobie, że to bardzo niepewne. Wszak nie wiesz, z kim jedziesz, gdzie dojedziesz i o której. Przez prawie całą pierwszą klasę nie przemogłem się, żeby pojechać do domu na stopa. Nie chciałem też zaczynać tej przygody samemu.
Na szczęście w klasie wyżej był kolega z miasta, z którego do domu miałem jeszcze jakieś 65 km, więc pomyślałem, że we dwóch raźniej, a ten kawałek to jakoś dam radę.
To była jedna z lepszych decyzji w moim życiu. Doświadczyłem dzięki temu sposobu podróżowania, który pozwala na poznanie wielu wspaniałych ludzi i niezliczonej ilości niesamowitych historii.
Każda taka wyprawa to również okazja do znacznego poprawienia swojej wiedzy
z geografii. Wyobraźcie sobie miny tych wszystkich panienek z małych miejscowości, gdy po jej odpowiedzi na pytanie: "skąd jesteś" potrafisz perfekcyjnie tę wiochę zlokalizować. (Jakbyś stała tam godzinę po ciemku na mrozie to też byś wiedziała :P)
No i oszczędzasz na biletach. Bardzo dużo oszczędzasz.
Po kilku takich przejażdżkach zaczynasz nabierać wprawy i nagle twój czas przejazdu skraca się niesamowicie. Mi się udało osiągnąć taką średnią, że więcej czasu zajmowało mi dotarcie do domu pociągiem.  360 km - średnio 5 godzin. Co więc trzeba wiedzieć, żeby nasz autostop był jak najbardziej efektywny?
                     Po pierwsze miejsce stania. Kierowca musi mieć możliwość zatrzymania się, żeby Cię zabrać. Nie raz jadąc swoim samochodem spotykałem się z ludźmi, których chętnie bym zabrał, gdybym miał się jak zatrzymać. Gdzie ja Ci gościu stanę na zjeździe
z ekspresówki?
Na polskich drogach krajowych jest pełno miejsc, gdzie samochody mogą się zatrzymać. Szerokie pobocza, wjazdy do sklepów, zatoczki, wyjazdy ze stacji benzynowych itp. Hitem są przystanki autobusowe - oświetlone, zwykle w miejscach, gdzie samochody jadą trochę wolniej.
To, że samochody jadą wolniej ma ogromne znaczenie - kierowca ma przecież ograniczony czas reakcji. Im wolniej jedzie, tym większa szansa, że Cię zauważy oraz będzie miał krótszą drogę hamowania, co w przypadku 40 - tonowych ciężarówek jest kluczowe.
Inaczej ma się sprawa autostrad i dróg szybkiego ruchu. Jeśli nie chcesz zostać zgarnięty przez żaden patrol, nie możesz tam stać. Myślicie pewnie, że mam Was za idiotów mówiąc coś tak oczywistego?
Osobiście widziałem typów przełażących przez płot, żeby dostać się do bramek na A2. Niekiedy sam byłem zmuszony do takich akcji, kiedy koleś z którym jadę nagle wyskakuje
z tekstem: "tu sobie szybko wyskoczysz". Weź tu człowieku teraz zejdź z tej estakady.
Na takich drogach rozwiązanie jest jedno: MOP, czyli Miejsce Obsługi Podróżnych.
Są to duże parkingi, zwykle ze stacją benzynową, jakimś fast - foodem i miejscem postoju ciężarówek. Łapanie w takiej miejscówie dzieli się na dwa rodzaje: stanie przy wyjeździe
z destynacją napisaną na kartonie lub łażenie i pytanie, czy ktoś nie podwiezie.
W drugim przypadku pomocna jest znajomość tablic rejestracyjnych i orientowanie się
w lokalizacji firm przewozowych. Zawodowi kierowcy to najlepsza opcja. Przez cały dzień jadą sami za kierownicą tego kolosa i nie mają do kogo gęby otworzyć. Oni najczęściej zabierają. No i zawsze mają CB radio, więc jak już złapiesz jednego, to jesteś w domu
- on Ci zawoła następnego :)
Podsumowując kwestię MOPów: Jeżeli macie do przeskoczenia z jednej autostrady na drugą, to radzę ogarnąć sobie ostatni MOP przed Waszym zjazdem i poprosić kierowcę, żeby tam Was wysadził.
                    Kolejna rzecz to ubiór i oświetlenie. Ubierajcie się raczej na jasno, noście odblaski i te sprawy. Stop stopem, ale zakończenie swojego marnego żywota w rowie
to raczej słaba opcja. Łapiąc po nocy bez żadnego oświetlenia nic nie złapiecie, bo zwyczajnie Was nie widać.
                    Na koniec tego moralizatorskiego wywodu pragnę rozwiać ostatnią wątpliwość: Czy łapanie stopa jest niebezpieczne? Ktoś mnie przecież może okraść, wywieźć do lasu i zgwałcić.
Po pierwsze primo źli ludzie nie zabierają na stopa. Oni tylko zwalniają, żeby zobaczyć co to za debil tam stoi i czemu nie może jak normalny Janusz iść na PeKaeSa. Zatrzymują się tylko ludzie pomocni, którzy albo sami jeździli w ten sposób, albo nudzi im się w robocie, lub są po prostu mili.
Po drugie primo jak jesteś brzydki i biedny to nie musisz się martwić ani o kradzież, ani
o gwałt :P (No chyba, że jakiś psychol postanowił sobie tak po prostu kogoś zaciukać
i akurat się nawinąłeś).
Pewnie powiesz, że to wszystko miało sens te parę lat temu, kiedy nie było portali zrzeszających pasażerów i kierowców, kiedy bardziej Ci się chciało i kiedy byłeś mniej wygodny. Twoja sprawa.
Nie narzekaj tylko, że Twoi internetowi współpasażerowie po całym dniu pracy pójdą
w kimę, jak tylko wjedziecie na autostradę.
                    Jeżeli ten przydługawy post skłonił Cię do zastanowienia się nad tym, czy warto tak podróżować, pozostaje mi życzyć Ci powodzenia i widzimy się we wakacje na trasie w jakimś zajebistym Audi, czy innym Ferrari
Pis Joł :D

czwartek, 18 lutego 2016

Dlaczego powstał ten blog, o czym będzie traktował

Cześć wszystkim! (A może powinienem zgodnie z e - etykietą napisać "Szanowni Państwo" ? Eee, sztywni konwenansiarze to nie jest target tego bloga)
             Na wstępie powiem, że od dawna chciałem opisać moją podróż (tę i kolejne)  i podzielić się wrażeniami, oraz doświadczeniami z szerszą publiką. Po części zrobiłem to na moim facebooku, ale ze względu na to, że było to na świeżo i bez chłodnego przemyślenia, postanowiłem zrobić to jeszcze raz w inny sposób. Również dlatego, że posty na portalach społecznościowych widzą wszyscy moi znajomi, nawet ci niezainteresowani tematem, a spamować nie lubię - kto chce obejrzeć, lub przeczytać zrobi to tutaj.
            Ten blog powstał dla wszystkich tych, którzy tak jak ja jarają się podróżami, nie mają wielkiej kasy na turystykę no i oczywiście nie mają wolnego pół roku, albo roku na wyparowanie w świat. Ktoś zaraz powie: "Jesteś wolnym człowiekiem, nic Cię nie trzyma na miejscu, jedź i odkrywaj" No cóż, moja sytuacja jest trochę inna. Związałem się z taką instytucją, z której odejście przez najbliższe 10 lat nie byłoby proste, poza tym jest to stabilna robota, dobry start w życie, a nie jestem takim szaleńcem, żeby wszystko zostawić i jechać. Po prostu nie wypleniłem z siebie wygodnictwa, z którym w podróży się trzeba definitywnie pożegnać.
              Czekam również z niecierpliwością na szeroką falę hejtu, w stylu : "Pojechał na dwutygodniowy wyjazd i od razu wielki podróżnik", "Zgapia z youtuberów", "Raz jechał na stopa i robi z tego nie wiadomo jaki reportaż"
Nie będę się nikomu tłumaczył z tego co robię. Chcę pokazać punkt widzenia człowieka początkującego w spaniu gdzie popadnie, mającego dwa do czterech tygodni wolnego na włóczenie się, człowieka nad którym poczucie bezpieczeństwa (czyt. wygodnictwo) w wielu przypadkach bierze górę i sporo się jeszcze musi nauczyć. Co do autostopowego doświadczenia, to mogę Wam powiedzieć, że w liceum podróżowanie w ten sposób odbywało się niemal co weekend (a niekiedy w każdy weekend), no a teraz dochodzi doświadczenie w sumie z pięciu krajów, więc coś tam wiem.
             Kim jestem? Zwykłym chłopakiem, który lubi zwiedzać nieznane miejsca. W podstawówce i gimnazjum odbywało się to w ten sposób, że rodzice wysyłali mnie na kolonie, za co bardzo im dziękuję (dziękuję również reliktowi komuny, jakim są kolonie dla dzieci pracowników. Mam nadzieję, że to zostanie i prywaciarze, którzy przejęli państwowe spółki nie będą na tym oszczędzać).
Na takich wyjazdach dziecko uczy się samodzielności, otwartości na ludzi. Z resztą dzieciak w drugiej klasie podstawówki ma o wiele mniej wstydu, niż dorosły człowiek, więc jeżeli od małego będzie jeździł w nowe miejsca i poznawał nowych ludzi to nigdy nie będzie miał problemu z nawiązywaniem kontaktów.
Oczywiście na takich wyjazdach nie możesz robić wszystkiego, co ci się podoba. I tutaj dochodzi kolejna sprawa - naturalnie się buntujesz, chcesz więcej, nie chcesz być niewolnikiem zegarka: terminów, zbiórek, zorganizowanych atrakcji. Zaczynasz więc marzyć jak to będzie, kiedy będziesz duży i będziesz robił, co tylko chcesz i jeździł gdzie tylko chcesz.
Niestety kiedy jesteś dorosły, życie daje Ci w pysk, i mówi: "Do roboty robić hajs! Za coś musisz żyć!". Wtedy dwa miesiące wakacji skracają się do dwóch tygodni wypoczynkowego. Wtedy masz dwie opcje: Albo znowu jesteś niewolnikiem biura podróży, płacisz grubą kasę za coś, co te firmy robią hurtowo, oglądasz to co wszyscy, spijasz drinki przy basenie, żresz hotelowe all inclusive, śpisz w ciepłym łóżeczku, nie martwisz się o nic.
Albo na prawdę chcesz odkrywać, poznawać prawdziwych lokalnych ludzi, jeść prawdziwe lokalne jedzenie, obcować z miejscową kulturą. I właśnie takim człowiekiem chcę być ja, i dla takich ludzi dzielę się moim punktem widzenia.
               Co do zgapiania z youtuberów. Nie ukrywam, że jestem wielkim fanem kanałów podróżniczych na youtube, podziwiam wszystkich, którzy biorą kamerkę i jadą w świat, szczerze zazdroszczę odwagi i zaradności, która pozwala na wiele miesięcy włóczenia się po świecie. Z tego miejsca pragnę ich wszystkich pozdrowić i życzyć wszystkiego najlepszego w ich podróżach. Czekam z niecierpliwością na każdy Wasz filmik, wiedzcie, że jesteście inspiracją dla wielu ludzi, w tym dla mnie.
Tak, jak wcześniej powiedziałem, przedstawię tutaj mój punkt widzenia nawiązując do innych podróżników, postaram się pokazać, że dwa tygodnie wypoczynkowego to sporo czasu, jak sobie tanio radzić gdy przyjdzie chwilowy kryzys oraz podzielę się tajnikami efektywnego jeżdżenia stopem.
             Mam nadzieję, że zachęciłem do dalszego czytania. Przepraszam wszystkich grammar nazi, za błędy w ortografii i interpunkcji (nie jestem dumny z wyniku mojej matury z Polaka)
Siemaneczko!