Siemaneczko mordeczki!
Tak, wiem, że od mojego ostatniego posta minęły ponad dwa miesiące, ale sporo się
u mnie pozmieniało. Z najważniejszych rzeczy - możecie już do mnie mówić Panie magistrze! :D
W dzisiejszych czasach można by się chwalić dopiero tytułem doktora, ale co mi tam.
Niniejszy post będzie zawierał sporo hejtu na pewien naród. Ogólnie nie lubię generalizować i staram się tego nie robić, więc jak zdarzy mi się ponarzekać na pewną grupę osób to proszę pamiętać, że każda reguła ma swoje wyjątki. Lecimy dalej
z opowieścią...
Jak przystało na podróżnika i couchsurfera zarazem nasza szwajcarska gospodyni była bardzo gościnna. Namawiała nas nawet, żebyśmy dłużej u niej posiedzieli, ale po pierwsze nie chcieliśmy nadużywać gościnności, a po drugie jak już wcześniej pisałem nie mamy tak jak niektórzy połowy roku na włóczenie się po świecie. Ruszyliśmy więc dalej
w drogę. Jeannine dała nam żarcie na drogę i podwiozła do autostrady. Na pewno się jeszcze spotkamy, dzięki za wszystko ;)
Szwajcarię udało się przejechać na dwa stopy. Pod Bernem musieliśmy łazić i pytać o podwózkę. Jako, że jest to niemieckojęzyczna część kraju, nie było z tym większego problemu - w końcu dwója z niemieckiego w sławetnym elitarnym liceum to już coś :P Dalej złapaliśmy panią, która zaoferowała nam podwózkę pod granicę z Francją - do Genewy. Pani oczywiście pochodziła z tej francuskojęzycznej części, więc angielskiego, ani niemieckiego ni w ząb. Swoją drogą to trochę dziwne - 70 % kraju mówi po niemiecku,
a Ci mówiący po francusku ignoranci nawet tego nie chcą ogarnąć. :/ Na szczęście miała ona męża hiszpana, więc jakoś tam udało się dogadać in español :) Ogólnie bardzo dumna ze swojego kraju osoba. Specjalnie dla nas zjechała z autostrady, żebyśmy mogli poczuć klimat górskich serpentyn i podziwiać widoki. Piękna trasa, na pewno chciałbym się z kimś jeszcze tymi widokami podzielić. Kiedyś tam wrócę.
Nasza kierowniczka chciała dobrze i nadrobiła specjalnie parę kilometrów, żeby nas wyrzucić na samiutkim przejściu granicznym. Niestety jest to kiepska miejscówka do łapania stopa - nie ma za bardzo gdzie się zatrzymać, a zaraz za przejściem jest wiadukt, gdzie wstęp jest surowo zabroniony. Nie mając innego wyboru musieliśmy się przedrzeć przez chaszcze na dół wiaduktu. Trafiliśmy na podwórko jakiejś firmy przewozowej, gdzie miły pan wytłumaczył nam, jak dotrzeć do miejscowości Saint Julien au Genevois.
Mała rada - nigdy nie pytajcie francuzów o drogę. Każdy, kogo pytaliśmy, jak dość do wylotu na autostradę, lub stacji benzynowej pokazywał nam inny kierunek. Aha - jadąc do tych ignorantów nauczcie się przynajmniej słów "Autoroute" i "poste d'essence". Inaczej przypał, nawet na migi ciężko się z nimi dogadać. Dopiero kasjerka w sklepie - młoda dziewczyna, która sama jeździ na stopa wydrukowała nam pusty paragon i narysowała mapkę do przystanku, z którego ona sama często łapie.
Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo zaraz trafił się podróżnik, który zrekompensował nam 2 godziny stracone w tym miasteczku. Z takimi osobami najłatwiej się dogadać, są ogarnięci, znają języki obce i jest z nimi mnóstwo tematów.
W końcu znaleźliśmy się na bramkach, gdzie udało nam się złapać stopa do Grenoble. Jakieś 5 km dalej zabraliśmy jeszcze młodego gościa, który chyba nam z nieba spadł, bo tłumaczył wszystko, co nasza Pani kierowniczka gadała. Owa pani - lat na oko 65+ wymyśliła nam wycieczkę krajoznawczą. O ile z będąc z tłumaczem było to dość ciekawe - dowiedzieliśmy się sporo o regionie Auvergne - Rhones - Alpes, o tyle kiedy ten ziomeczek wysiadł, zdani byliśmy tylko na siebie.
Objazd po Grenoble trwał grubo ponad godzinę. Zostaliśmy zbombardowani potokiem słów, z których nic nie wynikało. Owszem, miałem francuski w gimbazie, ale w tym momencie wyszła na jaw moja ignorancja i zbyt dużo się nie nauczyłem. Generalnie
o Grenoble nie dowiedziałem się nic. Pani starsza co jakiś czas się o coś pytała i była niesamowicie zdumiona, że nie potrafimy jej nic odpowiedzieć. Jak to? Przyjechali do Francji i jedyne co potrafią powiedzieć to Bonjour? Dziwaki...
Po tej jakże ciekawej wycieczce krajoznawczej zostaliśmy wysadzeni obok Porte de France na wylocie do miejscowości Valence. Nie czekaliśmy pięciu minut i zatrzymał nam się ojciec z córką. Dziewczyna mówiła świetnie po angielsku, ponieważ była szermierką
i jeździła na międzynarodowe zawody.
Jej ojczulek szydził trochę z Polski, że zimno, biednie i brzydko i że w ogóle mi się nie dziwi, że jadę na wakacje do Francji bo jest piękna. Oczywiście cała jego konwersacja z nami przechodziła przez jego córkę, bo kolunio nie umiał słowa po angielsku, w życiu nigdzie nie był. Zapytany przez nas, czemu nie rusza się z Francji stwierdził, że to najpiękniejszy kraj w Europie i że ma tutaj wszystko, czego turysta zapragnie, więc po co wyjeżdżać?
Serio? Ja rozumiem, że na zabitym dechami zadupiu mogą żyć ludzie, którzy nie mają ambicji poznawać innych kultur i otwierać umysłu na świat, ale żeby w XXI wieku w kraju, który uważa się za kulturalny i będący archetypem manier mieszkali tak zacofani ludzie to szok.
Nasza przygoda na ten dzień zakończyła się w miejscowości Valence, gdzie zostaliśmy podwiezieni przez wyżej wymienionego buca. Poprosiliśmy o podwózkę na bramki w stronę Montpellier. Nic to jednak nie dało, bo zostaliśmy upomnieni, przez policję, że nie wolno tam stać. Nie pozostało nam nic innego, niż przenieść się na krajówkę.
Do wieczora nie mogliśmy już nic złapać. Oczywiście co jakiś czas zatrzymywali się stereotypowi "Ciapaci", którzy podwieźliby nas i do samej Barcelony za odpowiednią opłatą.
Nie zrozumcie mnie źle - nie mam nic do ludzi z bliskiego wschodu. Mam gdzieś skąd jesteś i jak wyglądasz, jeżeli jesteś miły, uczciwie pracujesz i nie wykorzystujesz innych ludzi. Ci jednak zachowywali się podejrzanie i chcieli nas ewidentnie oskubać. Dziwnym trafem każdy, kto nam tego wieczoru proponował podwózkę za hajs, a było ich co najmniej czterech w ciągu jednej godziny wyglądał na Algierczyka lub innego Marokańczyka.
Około 22 odpuściliśmy sobie dalsze łapanie i zaczęliśmy szukać miejsca pod kimę. Przez miejscowość Valence przepływa rzeka Rodan, i byłoby to idealne miejsce na obóz, gdyby nie masa ludzi koczujących nad jej brzegiem (zgadnijcie kto? - mieliśmy już dziś
z nimi do czynienia). Znaleźliśmy więc kemping, który był, uwaga - ZAMKNIĘTY.
Nosz kurwa idzie zmęczony człowiek, chce im zapłacić za możliwość rozbicia namiotu
i skorzystania z prysznica, a Ci mówią, że po 22 nie kwaterują. To co, wszyscy mają się do tych nierobów dostosować? Będąc gościem tego kempingu nie mogę iść po 22 na miasto, bo pocałuję klamkę? Szczyt szczytów, mam nadzieję, że nie mają zbyt wielu klientów.
W końcu udało nam się wynegocjować wpuszczenie nas na obiekty sportowe i rozbiliśmy się na boisku do piłki nożnej.
Do tej pory wyjazd mi się mega podobał i byłem bardzo zadowolony. Nikt mnie tak nie wkurzył jak francuziki. A schody miały dopiero się zacząć...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz