Dzień dobry, cześć i czołem!
Częstotliwość mojego pisania tutaj zmniejsza się wraz ze zbliżającym się terminem oddania pracy dyplomowej. Ale cóż, proza życia.
Wracając do tematu Szwajcarii.....
Do miejscowości Burgdorf, w której mieszkała ta szalona banda, o której była mowa wcześniej dojechaliśmy ok 18. Jako, że byliśmy zmęczeni staniem 3,5 h w oczekiwaniu
na stopa nie mieliśmy najmniejszej ochoty na zwiedzanie. W głowie siedział tylko prysznic
i browar.
Nasi gospodarze ugościli nas po mistrzowsku. Tutaj kolejna wskazówka: Nie bądźcie cebulakami, dajcie coś od siebie. Ktoś dla Was gotuje? - pozmywajcie gary; macie zaproszenie na domówkę? - zróbcie sałatkę, co najmniej przynieście flaszkę; zostawcie jakąś pamiątkę po sobie Waszemu gospodarzowi, u którego kimacie. Ogólnie
nie wykorzystujcie zanadto dobroci innych ludzi.
Wspomniana lodówka z napojami prezentowała się następująco:
Dolna półka z czerwonymi browarami, była ogólnodostępna. Po prostu każdy mieszkaniec wiedział, kiedy jest jego kolej, aby uzupełnić zapasy. Goście brali jak chcieli, ale obok lodówy leżała skarbonka - jeżeli poczuwałeś się do tego, żeby coś do niej wrzucić,
to wrzucałeś. Coś jak automat, tyle, że z browarami :D
Kwestia krzaczków rosnących sobie na balkonie - każdy chyba wie, o co chodzi ^^.
Od 2013 posiadanie małych ilości na własny użytek oraz uprawa na potrzeby własne
nie jest tam przestępstwem, więc wszystko spoko :). Gorzej, jak ktoś Was złapie na ulicy - wtedy mandat 100 franków.
Po nabraniu sił w towarzystwie naszych gospodarzy przyszła nam ochota na zwiedzanie. Dziewczyna, która nas podwiozła zabrała nas do cyrku. Nie był to jednak taki cyrk, jaki znamy z Polski. To była po prostu grupa zapaleńców, którzy jeżdżą po kraju z występami. Nie ma tam zwierząt. Po pierwsze nie uznają wykorzystywania zwierzaczków w ten sposób, a po drugie nie zmieściłyby się - cały cyrk to było kilka starych dostawczaków
z pakami przerobionymi na baraki mieszkalne, ze dwa ciągniki, jedna scena na powietrzu
i jedna scena pod namiotem wielkości większego pawilonu ogrodowego.
Wielki szacun dla tych cyrkowców. Co prawda Szwajcaria nie jest dużym krajem,
a występowali tylko tam, aczkolwiek poziom ich życiowego ogarnięcia, umiejętności odnajdywania się w różnych sytuacjach związanych z organizacją tego całego majdanu
no i warunki, jakie sobie zapewniają wzbudzają podziw. Oni z kolei byli zachwyceni nami - dwóch pojebów jedzie sobie na stopa, nie mają pojęcia gdzie ich poniesie i śpią gdzie popadnie :). Faktem, że ich koleżanka podebrała nas z ulicy i zaprosiła do siebie w ogóle nie byli zdziwieni - taka już jest :D.
Tutaj też zostaliśmy gorąco przyjęci - piwko, grill, kolacja, śpiewy. Wakacje w najczystszej postaci.
Wtedy zdecydowaliśmy, że ulegniemy namowom i zostaniemy jeszcze jeden dzień.
Następnego dnia nasza gospodyni zorganizowała nam rowery i pojechaliśmy w góry. Zwiedziliśmy sobie miasteczko, fabrykę sera, wykąpaliśmy się w rzece. Generalnie dzień pełen wrażeń. Bez turystów, bez wszędobylskiego ścisku na szlakach - tak, jak powinny wyglądać górskie wycieczki. Podejrzewam też, że gdybym w polskich górach wskoczył gdzieś do rzeczki, albo strumienia to też dostałbym jakąś działę za to. W końcu park narodowy, co nie? W Alpach mieli to gdzieś. Każdy się kąpał, woda przejrzysta - wejdziesz po sam ryj i widzisz swoje stopy. Potrzebowałem tego po dwóch dniach stania przy trasie.
Pod wieczór cyrkowcy grali w piłę. Ale nie tak normalnie jak my - każda drużyna miała jakiś motyw - disco - boye, jakieś kruki, diabły itd. Wszyscy byli poprzebierani i przed graniem robili występy.
Wyobraźcie sobie typów drących ryja "kra, kra" i udających kruki, kolesi w szeleszczących foliach i legginsach oraz typa w kartonie, który przebrany był za głośnik. Dodaję, że oni w tych strojach grali w gałę. Dobre pojeby :) Ale strasznie pozytywni i będzie to chyba jedno
z moich najlepszych wspomnień z tamtych wakacji.
Po całym tym meczu znowu zrobiliśmy melanż w cyrku. Mała rada - kupujcie alko wcześniej. Wiem, że polskie przyzwyczajenia są takie, że kupi się pół litra teraz, a potem się zobaczy bo do nocnego blisko. Tam po pewnej godzinie otwarte są tylko restauracje. Jeżeli nie chcecie płacić 10 franków za małego browara (no co? Mnie wcześniej postawili, to nie będę gorszy) zróbcie zakupy w "Migrosie" (ichniejsza biedra) przed zamknięciem.
Później Wam opowiem o przebijaniu się do Francji i o samej cholernej Francji.
Trzymcie się, cześć!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz