Witajcie drodzy czytelnicy!
Jako, że za tydzień wybieram się na kolejną wyprawę należy powoli kończyć opowiadać o tej zeszłorocznej.
W zeszłym roku założenie było takie, żeby po dotarciu do Barcelony spędzić tam dwa dni i ruszyć dalej w drogę wzdłuż wybrzeża morza śródziemnego. Niestety po francuskiej przygodzie odechciało nam się autostopowania. Możecie powiedzieć, że jesteśmy słabi i żadni z nas podróżnicy, tylko turyści, jednakże była to pierwsza tak daleka podróż na stopa w naszym wykonaniu, a przygody trzeba dawkować. W tym roku bogatszy o doświadczenie na pewno wytrwam do końca zakładanej trasy.
Montpellier nie przywitało nas miło. Lało niemiłosiernie, ulice dosłownie pływały. Moje trampy wyglądały, jakbym się w nich kąpał. Zdecydowaliśmy się odpuścić sobie jechanie nad morze (jakieś 7, 8 km) i postanowiliśmy poszukać taniej kimy w mieście. Wsiedliśmy więc w tramwaj w stronę głównego dworca w celu zasięgnięcia informacji właśnie tam. Niestety okazało się, że tory tramwajowe są obecnie w przebudowie
i ujechaliśmy tylko kilka przystanków do jakiejś szemranej dzielnicy.
Nie ukrywam, że pomimo tego, iż w takich podróżach mam w zasięgu ręki gaz policyjny, który jest w stanie obezwładnić człowieka na dobre pół godziny to autentycznie miałem wtedy stracha. Ciemno, zimno, do domu daleko, a bez pytania
o drogę ani rusz. W dodatku naokoło same nieprzyjemne twarze kroczące w strugach deszczu przez ciemne ulice. No cóż, jakoś daliśmy radę dotrzeć do następnego tramwaju bez żadnych nieprzyjemnych sytuacji.
W tramwaju odniosłem wrażenie, jakbym był w północnej Afryce - na serio! Spotkać jakąś stricte europejską twarz graniczyło z cudem. Nie znalazłem żadnych danych na ten temat, ale populacja ludności północno - afrykańskiej musi tam być na prawdę duża.
Na dworcu bardzo miła pani dała nam mapkę ze wskazaniem najtańszego hostelu w mieście. Znajdował się on w ścisłym centrum miasta pośród historycznej zabudowy. Przeczekaliśmy największy deszcz i ruszyliśmy w stronę starówki. Starówka Montpellier jest na prawdę przepiękna. Korzenie tego miasta sięgają VII w. Najbardziej utkwił mi w pamięci Place de la Comedie i park gen. de Gaulle'a. Ciekawostka - mają nawet pomnik Lenina wybudowany jakieś 6 lat temu :P
Hostel godny polecenia - przemiła Pani przyjęła nas z uśmiechem, pomimo tego, że już spała i ją obudziliśmy. Wręcz biegała po piętrach pokazując nam udogodnienia dla gości posługując się przy tym pojedynczymi angielskimi słowami - "bathroom, here - free, wifi - free" :D :D Po szybkim prysznicu padliśmy jak kaczki.
Następnego dnia czekała nas trasa widniejąca na ostatniej stronie atlasu. Wstaliśmy bez budzika bardzo wcześnie i wsiedliśmy w tramwaj do miejscówy, którą pokazał nam Fabien. Miejscówa do dupy - duże rondo bez żadnej możliwości zatrzymania się, zero przystanków, nic. Faktycznie był to wjazd na autostradę, jednakże prosto z ronda wjeżdżało się na most, na który pieszym wstęp wzbroniony. Na rondzie spotkaliśmy dziwnego dziadka w klapkach łapiącego stopa na środku drogi, co rusz to w innym kierunku. Pewnie spierdzielił z domu opieki, a dzieci dawno mają go w tyłku. Smutne to trochę.
Jako, że miejscówa w ogóle nie nadawała się na łapanie, wbiliśmy się do maka na wifi i obczailiśmy na hitchwiki dogodne miejsce do wydostania się z miasta. Golnęliśmy się tam tramwajem i po 20 minutach stania pędziliśmy małym wyładowanym peugeotem do Beziers. Zostaliśmy wysadzeni na bramkach, gdzie zatrzymała nam się dziewczyna w hidżabie (to one mogą bez pozwolenia mężczyzny
z rodziny zadawać się z obcymi typami?). Bardzo miłe zaskoczenie. Porozmawialiśmy sobie o ich kulturze, o życiu. Bardzo sympatyczna dziewczyna. Była wielce zdziwiona, że pomimo naszego wieku (21 i 23 lata) nie mamy żon, ani dzieci. Ona miała 20 i miała trójkę dzieci. No cóż, taka kultura. Ważne, że jest zadowolona i szczęśliwa :)
Wysiadając na parkingu przed bramkami w Narbonie natknęliśmy się jeszcze na kilka ekip podróżujących w ten sam sposób. Jednymi z nich była trójka młodych Rosjan. W trójkę ciężko złapać, ale mieli w składzie dziewczynę, więc szanse się równają. Byłem miło zdziwiony, że mój ruski wcale nie jest taki zły. Spoko ludzie, przylecieli do Barcelony samolotem, a teraz przebijają się na stopa do Mediolanu.
Trochę tam postaliśmy, w końcu dostaliśmy się na stację benzynową pod Perpignan. Spotkaliśmy tam kolejnych stopowiczów - dwóch angoli, i dwie młode Rosjanki. Kultura autostopowa w tej sytuacji wymaga ustawić się na samym końcu. Koleżanki okazały się bardziej wytrawnymi stopowiczkami. Miały również, co ważne więcej czasu. Gdybym miał wolne 3 miesiące też bym dalej zajechał :P Dziewczyny przejechały już ponad 5 tys. km z Petersburga do Lizbony, potem przez Hiszpanię do Perpignan, a teraz cisną do Andory. Szacun.
Nie pocieszyły nas za bardzo mówiąc, że spały dzisiaj na terenie tej stacji
i łapią przez cały dzień, ale pomyśleliśmy, że pewnie do Andory trochę ciężej się dostać, niż do Hiszpanii. No cóż, jak się nie uda to mamy z kim obozować :) Pomimo tego, że staliśmy ostatni, stopa złapaliśmy pierwsi. Zatrzymał się hiszpańskojęzyczny Francuz mieszkający na stałe w Gironie, który podwiózł nas właśnie tam. Wtedy zaczęliśmy się zastanawiać, czy to dobra decyzja, ponieważ było już ciemno, zaczął padać deszcz, a na tej stacji samochód pojawiał się średnio co 10 minut i nikt nie chciał się zatrzymać. Perspektywa zostania na poprzedniej stacji z koleżankami
i wspólne obozowanie wydawały się o wiele lepsze, niż rozkładanie starego namiotu
w deszczu.
Po godzinie stania miałem już dosyć - zacząłem łazić i się pytać, czy ktoś by nas nie zabrał. Mój towarzysz był temu przeciwny - nie chciał się nikomu prosić. Taktyka "koniec języka za przewodnika" okazała się skuteczna - para Francuzów jadących do Barcelony po kilkuminutowych negocjacjach zgodziła się nas zabrać ze sobą. Para jak z obrazka - dobrze ubrani, drogie dodatki itp. Sami dużo jeżdżą, ale
z opowieści wynikało, że z największymi wygodami - hotele, wykupywanie wycieczek
z przewodnikami i tak dalej. Zabrali nas trochę niechętnie, panienka nic nie mówiła, bo angielski nie był jej najmocniejszą stroną, za to koleś oblatany w trzech językach. Pogadaliśmy o Ameryce południowej i narobił mi jeszcze większego smaka na tamte rejony.
Około 22 dotarliśmy do centrum Barcelony! Całe zmęczenie odeszło na bok. Nie spieszyło nam się do spania - poszliśmy odkrywać. Co odkryliśmy opowiem Wam później :D
Uśmiech to najważniejsza rzecz w trasie
sobota, 30 lipca 2016
poniedziałek, 18 lipca 2016
Francuski kryzys
Witajcie!
Pewnie już urlopujecie, albo tak jak ja planujecie nową przygodę. Wielu z Was pewnie powie, że sytuacja w Europie nie napawa optymizmem i nie macie zamiaru ruszać się poza Wasz powiat, ale gdyby każdy z podróżników i odkrywców tak myślał, to nadal nie znalibyśmy Ameryki, Afryki, czy Azji.
Już w zeszłym roku sytuacja we Francji była nieciekawa, a jednak zdecydowałem się tam pojechać. Z resztą nie ma innej drogi lądowej do Hiszpanii :P Dzisiaj dalej o tym jakże przemiłym Państwie....
Za bardzo się nie wyspałem na tym francuskim Orliku. Co chwilę ktoś łaził, blisko do drogi. Zwinęliśmy się stamtąd ok. 6 rano. Camping był w fajnym miejscu, bo zaraz obok była droga z szerokim poboczem, gdzie samochody nie jeździły zbyt szybko, więc dobra miejscówa co łapania.
Pierwszy stop tego dnia przyszedł szybko. Oczywiście panienka ni w ząb żadnego innego języka niż francuski, więc trzeba było się porozumiewać za pomocą palca i mapy. Z perspektywy czasu cieszę się, że miałem we Francji papierową mapę - spora pomoc w komunikowaniu się na migi :P. Ujechaliśmy z nią jakieś 50 km do następnej większej miejscowości przy autostradzie A7 - Montelimar.
Faktycznie były to przedmieścia tej miejscowości - wjazd na autostradę w kierunku Montpellier. Miejscówa do łapania na oko idealna - spory plac przed samiutkim wjazdem, samochody jadą powolutku, nawet kilka aut stoi i kręci mini pauzę. W razie czego jakieś 500 m dalej, na drodze krajowej stacja benzynowa. Miód malina myślimy - zaraz coś złapiemy.
Było to największe stopowe rozczarowanie ever - przez 5 bitych godzin nic. Oczywiście nie koczowaliśmy przez cały czas w tym samym miejscu. Dwa razy zmienialiśmy miejscówkę - na CPN i z powrotem.
Najczęściej spotykanymi ludźmi na tym wjeździe byli Holendrzy załadowani po samiutki dach, jadący na lazurowe wybrzeże z rodzinkami - taka nasza wersja Janusza parawaniarza - nawet gdyby chcieli się zatrzymać, to nie mieli jak. Raz udało nam się zagadać, to pani holenderska Grażyna stwierdziła, że ona nie lubi autostopowiczów
i sobie nie życzy z nami rozmawiać. No cóż, nie będziemy się narzucać.
Wszyscy napotkani Francuzi, którzy tam stali, albo nie chcieli w ogóle rozmawiać, albo nie rozumieli, albo pokazywali, że w miasteczku jest stacja TGV. Czasem też pytali, czy znamy stronę blablaCar.... Ludzie, czy tak ciężko zrozumieć o co chodzi
w łapaniu stopa? Gdybym chciał się po prostu przemieścić z punktu A do punktu B to bym kupił sobie tani bilet na samolot i sprawa załatwiona. Autostop jest przygodą samą w sobie - podróżą kulturoznawczą na przekór all inclusive i klepaniu tych samych schematów co wszyscy. Na serio następnym razem jadąc na zachód wywieszę sobię tabliczkę - "TAK, Wiem co to transport publiczny. TAK, stać mnie na bilet. NIE, nie chcę podwózki na dworzec"
Pewnie już urlopujecie, albo tak jak ja planujecie nową przygodę. Wielu z Was pewnie powie, że sytuacja w Europie nie napawa optymizmem i nie macie zamiaru ruszać się poza Wasz powiat, ale gdyby każdy z podróżników i odkrywców tak myślał, to nadal nie znalibyśmy Ameryki, Afryki, czy Azji.
Już w zeszłym roku sytuacja we Francji była nieciekawa, a jednak zdecydowałem się tam pojechać. Z resztą nie ma innej drogi lądowej do Hiszpanii :P Dzisiaj dalej o tym jakże przemiłym Państwie....
Za bardzo się nie wyspałem na tym francuskim Orliku. Co chwilę ktoś łaził, blisko do drogi. Zwinęliśmy się stamtąd ok. 6 rano. Camping był w fajnym miejscu, bo zaraz obok była droga z szerokim poboczem, gdzie samochody nie jeździły zbyt szybko, więc dobra miejscówa co łapania.
Pierwszy stop tego dnia przyszedł szybko. Oczywiście panienka ni w ząb żadnego innego języka niż francuski, więc trzeba było się porozumiewać za pomocą palca i mapy. Z perspektywy czasu cieszę się, że miałem we Francji papierową mapę - spora pomoc w komunikowaniu się na migi :P. Ujechaliśmy z nią jakieś 50 km do następnej większej miejscowości przy autostradzie A7 - Montelimar.
Faktycznie były to przedmieścia tej miejscowości - wjazd na autostradę w kierunku Montpellier. Miejscówa do łapania na oko idealna - spory plac przed samiutkim wjazdem, samochody jadą powolutku, nawet kilka aut stoi i kręci mini pauzę. W razie czego jakieś 500 m dalej, na drodze krajowej stacja benzynowa. Miód malina myślimy - zaraz coś złapiemy.
Było to największe stopowe rozczarowanie ever - przez 5 bitych godzin nic. Oczywiście nie koczowaliśmy przez cały czas w tym samym miejscu. Dwa razy zmienialiśmy miejscówkę - na CPN i z powrotem.
Najczęściej spotykanymi ludźmi na tym wjeździe byli Holendrzy załadowani po samiutki dach, jadący na lazurowe wybrzeże z rodzinkami - taka nasza wersja Janusza parawaniarza - nawet gdyby chcieli się zatrzymać, to nie mieli jak. Raz udało nam się zagadać, to pani holenderska Grażyna stwierdziła, że ona nie lubi autostopowiczów
i sobie nie życzy z nami rozmawiać. No cóż, nie będziemy się narzucać.
Wszyscy napotkani Francuzi, którzy tam stali, albo nie chcieli w ogóle rozmawiać, albo nie rozumieli, albo pokazywali, że w miasteczku jest stacja TGV. Czasem też pytali, czy znamy stronę blablaCar.... Ludzie, czy tak ciężko zrozumieć o co chodzi
w łapaniu stopa? Gdybym chciał się po prostu przemieścić z punktu A do punktu B to bym kupił sobie tani bilet na samolot i sprawa załatwiona. Autostop jest przygodą samą w sobie - podróżą kulturoznawczą na przekór all inclusive i klepaniu tych samych schematów co wszyscy. Na serio następnym razem jadąc na zachód wywieszę sobię tabliczkę - "TAK, Wiem co to transport publiczny. TAK, stać mnie na bilet. NIE, nie chcę podwózki na dworzec"
Koniec końców przenieśliśmy się na stację benzynową - uzupełnić wodę i takie tam. Bardzo miły "Ciapaty" sprzedawca rodem z Algierii mówił świetnie po angielsku, również był zdziwiony naszym sposobem podróżowania i też wysyłał nas na pociąg. Nie pytaliśmy w jaki sposób wyemigrował z Algierii, bo nie wypada :P
Przy drodze krajowej na tej stacji też nam trochę zeszło, zanim zatrzymał się pierwszy samochód - Hiszpan, który jechał prościutko do Barcelony. Nawet by nam to pasowało, bo już mieliśmy powoli dosyć Francji, gdyby nie fakt, że miał tylko jedno wolne miejsce :( Później poleciało z górki i mimo tego, że niektóre nasze przejażdżki miały po 10 km to braliśmy wszystko jak leci, byle dalej. Z ciekawszych osób z tego odcinka drogi bardzo dobrze wspominam kolejnego przedstawiciela ludu bliskiego wschodu - gościa jarającego zielsko za kierownicą. Dał nam nawet trochę owoców na drogę! Fajne też były dwie prześliczne dziewczyny, z którymi jechaliśmy jakieś 5, może 7 km - specjalnie zawróciły, żeby nas podwieźć.
Dziwnym trafem znaleźliśmy się w miejscowości Ales oddalonej od autostrady
o jakieś 70 km na zachód. No cóż, byle dalej nie zawsze oznacza po drodze :P Mimo późnej pory i deszczu zdecydowaliśmy się łapać dalej - jak się nie uda to najwyżej pójdziemy do cyrku, który był niedaleko. Na pewno nas przyjmą pod "dach".
o jakieś 70 km na zachód. No cóż, byle dalej nie zawsze oznacza po drodze :P Mimo późnej pory i deszczu zdecydowaliśmy się łapać dalej - jak się nie uda to najwyżej pójdziemy do cyrku, który był niedaleko. Na pewno nas przyjmą pod "dach".
Na szczęście złapaliśmy super kolesia - Pozdrawiam Cię Fabien!!! Dał nam on po browarku, pogadaliśmy o jego podróżach i zaproponował podwózkę w okolice Montpellier. Momentami bałem się o swoje życie, bo mimo okropnej burzy, zerowej widoczności, rozklekotanego Peugeota i chujowej wycieraczki model gnał 100 km/h. Obyło się na szczęście bez przygód.
Z racji burzy Fabien zaoferował nam podwózkę do samego Montpellier nadrabiając przy tym z 70 km. Pamiętajcie - karma wraca. Jemu ktoś kiedyś pomógł
w podróży, on pomógł nam. Ja również staram się pomagać zagubionemu przybyszowi na dworcu centralnym, czy zdezorientowanemu japońskiemu nikoniarzowi na Nowym Świecie. Nasz kierowca oprócz podwiezienia nas na główną pętlę tramwajową dał nam do siebie namiary i zaoferował kimę w Paryżu, jeżeli kiedykolwiek będziemy jej potrzebować. Całe szczęście, że mieliśmy do niego numer, bo po 10 minutach od jego odjazdu skapnęliśmy się, że u niego w bagażniku został nasz namiot. Szybki telefon i mamy go z powrotem.
w podróży, on pomógł nam. Ja również staram się pomagać zagubionemu przybyszowi na dworcu centralnym, czy zdezorientowanemu japońskiemu nikoniarzowi na Nowym Świecie. Nasz kierowca oprócz podwiezienia nas na główną pętlę tramwajową dał nam do siebie namiary i zaoferował kimę w Paryżu, jeżeli kiedykolwiek będziemy jej potrzebować. Całe szczęście, że mieliśmy do niego numer, bo po 10 minutach od jego odjazdu skapnęliśmy się, że u niego w bagażniku został nasz namiot. Szybki telefon i mamy go z powrotem.
Następnym razem opowiem Wam trochę o włóczeniu się po Montpellier, pływających ulicach i prześmiesznej właścicielce hostelu :D
sobota, 9 lipca 2016
Francja to piękny kraj, tylko ludzie psują efekt
Siemaneczko mordeczki!
Tak, wiem, że od mojego ostatniego posta minęły ponad dwa miesiące, ale sporo się
u mnie pozmieniało. Z najważniejszych rzeczy - możecie już do mnie mówić Panie magistrze! :D
W dzisiejszych czasach można by się chwalić dopiero tytułem doktora, ale co mi tam.
Niniejszy post będzie zawierał sporo hejtu na pewien naród. Ogólnie nie lubię generalizować i staram się tego nie robić, więc jak zdarzy mi się ponarzekać na pewną grupę osób to proszę pamiętać, że każda reguła ma swoje wyjątki. Lecimy dalej
z opowieścią...
Jak przystało na podróżnika i couchsurfera zarazem nasza szwajcarska gospodyni była bardzo gościnna. Namawiała nas nawet, żebyśmy dłużej u niej posiedzieli, ale po pierwsze nie chcieliśmy nadużywać gościnności, a po drugie jak już wcześniej pisałem nie mamy tak jak niektórzy połowy roku na włóczenie się po świecie. Ruszyliśmy więc dalej
w drogę. Jeannine dała nam żarcie na drogę i podwiozła do autostrady. Na pewno się jeszcze spotkamy, dzięki za wszystko ;)
Szwajcarię udało się przejechać na dwa stopy. Pod Bernem musieliśmy łazić i pytać o podwózkę. Jako, że jest to niemieckojęzyczna część kraju, nie było z tym większego problemu - w końcu dwója z niemieckiego w sławetnym elitarnym liceum to już coś :P Dalej złapaliśmy panią, która zaoferowała nam podwózkę pod granicę z Francją - do Genewy. Pani oczywiście pochodziła z tej francuskojęzycznej części, więc angielskiego, ani niemieckiego ni w ząb. Swoją drogą to trochę dziwne - 70 % kraju mówi po niemiecku,
a Ci mówiący po francusku ignoranci nawet tego nie chcą ogarnąć. :/ Na szczęście miała ona męża hiszpana, więc jakoś tam udało się dogadać in español :) Ogólnie bardzo dumna ze swojego kraju osoba. Specjalnie dla nas zjechała z autostrady, żebyśmy mogli poczuć klimat górskich serpentyn i podziwiać widoki. Piękna trasa, na pewno chciałbym się z kimś jeszcze tymi widokami podzielić. Kiedyś tam wrócę.
Nasza kierowniczka chciała dobrze i nadrobiła specjalnie parę kilometrów, żeby nas wyrzucić na samiutkim przejściu granicznym. Niestety jest to kiepska miejscówka do łapania stopa - nie ma za bardzo gdzie się zatrzymać, a zaraz za przejściem jest wiadukt, gdzie wstęp jest surowo zabroniony. Nie mając innego wyboru musieliśmy się przedrzeć przez chaszcze na dół wiaduktu. Trafiliśmy na podwórko jakiejś firmy przewozowej, gdzie miły pan wytłumaczył nam, jak dotrzeć do miejscowości Saint Julien au Genevois.
Mała rada - nigdy nie pytajcie francuzów o drogę. Każdy, kogo pytaliśmy, jak dość do wylotu na autostradę, lub stacji benzynowej pokazywał nam inny kierunek. Aha - jadąc do tych ignorantów nauczcie się przynajmniej słów "Autoroute" i "poste d'essence". Inaczej przypał, nawet na migi ciężko się z nimi dogadać. Dopiero kasjerka w sklepie - młoda dziewczyna, która sama jeździ na stopa wydrukowała nam pusty paragon i narysowała mapkę do przystanku, z którego ona sama często łapie.
Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo zaraz trafił się podróżnik, który zrekompensował nam 2 godziny stracone w tym miasteczku. Z takimi osobami najłatwiej się dogadać, są ogarnięci, znają języki obce i jest z nimi mnóstwo tematów.
W końcu znaleźliśmy się na bramkach, gdzie udało nam się złapać stopa do Grenoble. Jakieś 5 km dalej zabraliśmy jeszcze młodego gościa, który chyba nam z nieba spadł, bo tłumaczył wszystko, co nasza Pani kierowniczka gadała. Owa pani - lat na oko 65+ wymyśliła nam wycieczkę krajoznawczą. O ile z będąc z tłumaczem było to dość ciekawe - dowiedzieliśmy się sporo o regionie Auvergne - Rhones - Alpes, o tyle kiedy ten ziomeczek wysiadł, zdani byliśmy tylko na siebie.
Objazd po Grenoble trwał grubo ponad godzinę. Zostaliśmy zbombardowani potokiem słów, z których nic nie wynikało. Owszem, miałem francuski w gimbazie, ale w tym momencie wyszła na jaw moja ignorancja i zbyt dużo się nie nauczyłem. Generalnie
o Grenoble nie dowiedziałem się nic. Pani starsza co jakiś czas się o coś pytała i była niesamowicie zdumiona, że nie potrafimy jej nic odpowiedzieć. Jak to? Przyjechali do Francji i jedyne co potrafią powiedzieć to Bonjour? Dziwaki...
Po tej jakże ciekawej wycieczce krajoznawczej zostaliśmy wysadzeni obok Porte de France na wylocie do miejscowości Valence. Nie czekaliśmy pięciu minut i zatrzymał nam się ojciec z córką. Dziewczyna mówiła świetnie po angielsku, ponieważ była szermierką
i jeździła na międzynarodowe zawody.
Jej ojczulek szydził trochę z Polski, że zimno, biednie i brzydko i że w ogóle mi się nie dziwi, że jadę na wakacje do Francji bo jest piękna. Oczywiście cała jego konwersacja z nami przechodziła przez jego córkę, bo kolunio nie umiał słowa po angielsku, w życiu nigdzie nie był. Zapytany przez nas, czemu nie rusza się z Francji stwierdził, że to najpiękniejszy kraj w Europie i że ma tutaj wszystko, czego turysta zapragnie, więc po co wyjeżdżać?
Serio? Ja rozumiem, że na zabitym dechami zadupiu mogą żyć ludzie, którzy nie mają ambicji poznawać innych kultur i otwierać umysłu na świat, ale żeby w XXI wieku w kraju, który uważa się za kulturalny i będący archetypem manier mieszkali tak zacofani ludzie to szok.
Nasza przygoda na ten dzień zakończyła się w miejscowości Valence, gdzie zostaliśmy podwiezieni przez wyżej wymienionego buca. Poprosiliśmy o podwózkę na bramki w stronę Montpellier. Nic to jednak nie dało, bo zostaliśmy upomnieni, przez policję, że nie wolno tam stać. Nie pozostało nam nic innego, niż przenieść się na krajówkę.
Do wieczora nie mogliśmy już nic złapać. Oczywiście co jakiś czas zatrzymywali się stereotypowi "Ciapaci", którzy podwieźliby nas i do samej Barcelony za odpowiednią opłatą.
Nie zrozumcie mnie źle - nie mam nic do ludzi z bliskiego wschodu. Mam gdzieś skąd jesteś i jak wyglądasz, jeżeli jesteś miły, uczciwie pracujesz i nie wykorzystujesz innych ludzi. Ci jednak zachowywali się podejrzanie i chcieli nas ewidentnie oskubać. Dziwnym trafem każdy, kto nam tego wieczoru proponował podwózkę za hajs, a było ich co najmniej czterech w ciągu jednej godziny wyglądał na Algierczyka lub innego Marokańczyka.
Około 22 odpuściliśmy sobie dalsze łapanie i zaczęliśmy szukać miejsca pod kimę. Przez miejscowość Valence przepływa rzeka Rodan, i byłoby to idealne miejsce na obóz, gdyby nie masa ludzi koczujących nad jej brzegiem (zgadnijcie kto? - mieliśmy już dziś
z nimi do czynienia). Znaleźliśmy więc kemping, który był, uwaga - ZAMKNIĘTY.
Nosz kurwa idzie zmęczony człowiek, chce im zapłacić za możliwość rozbicia namiotu
i skorzystania z prysznica, a Ci mówią, że po 22 nie kwaterują. To co, wszyscy mają się do tych nierobów dostosować? Będąc gościem tego kempingu nie mogę iść po 22 na miasto, bo pocałuję klamkę? Szczyt szczytów, mam nadzieję, że nie mają zbyt wielu klientów.
W końcu udało nam się wynegocjować wpuszczenie nas na obiekty sportowe i rozbiliśmy się na boisku do piłki nożnej.
Do tej pory wyjazd mi się mega podobał i byłem bardzo zadowolony. Nikt mnie tak nie wkurzył jak francuziki. A schody miały dopiero się zacząć...
Tak, wiem, że od mojego ostatniego posta minęły ponad dwa miesiące, ale sporo się
u mnie pozmieniało. Z najważniejszych rzeczy - możecie już do mnie mówić Panie magistrze! :D
W dzisiejszych czasach można by się chwalić dopiero tytułem doktora, ale co mi tam.
Niniejszy post będzie zawierał sporo hejtu na pewien naród. Ogólnie nie lubię generalizować i staram się tego nie robić, więc jak zdarzy mi się ponarzekać na pewną grupę osób to proszę pamiętać, że każda reguła ma swoje wyjątki. Lecimy dalej
z opowieścią...
Jak przystało na podróżnika i couchsurfera zarazem nasza szwajcarska gospodyni była bardzo gościnna. Namawiała nas nawet, żebyśmy dłużej u niej posiedzieli, ale po pierwsze nie chcieliśmy nadużywać gościnności, a po drugie jak już wcześniej pisałem nie mamy tak jak niektórzy połowy roku na włóczenie się po świecie. Ruszyliśmy więc dalej
w drogę. Jeannine dała nam żarcie na drogę i podwiozła do autostrady. Na pewno się jeszcze spotkamy, dzięki za wszystko ;)
Szwajcarię udało się przejechać na dwa stopy. Pod Bernem musieliśmy łazić i pytać o podwózkę. Jako, że jest to niemieckojęzyczna część kraju, nie było z tym większego problemu - w końcu dwója z niemieckiego w sławetnym elitarnym liceum to już coś :P Dalej złapaliśmy panią, która zaoferowała nam podwózkę pod granicę z Francją - do Genewy. Pani oczywiście pochodziła z tej francuskojęzycznej części, więc angielskiego, ani niemieckiego ni w ząb. Swoją drogą to trochę dziwne - 70 % kraju mówi po niemiecku,
a Ci mówiący po francusku ignoranci nawet tego nie chcą ogarnąć. :/ Na szczęście miała ona męża hiszpana, więc jakoś tam udało się dogadać in español :) Ogólnie bardzo dumna ze swojego kraju osoba. Specjalnie dla nas zjechała z autostrady, żebyśmy mogli poczuć klimat górskich serpentyn i podziwiać widoki. Piękna trasa, na pewno chciałbym się z kimś jeszcze tymi widokami podzielić. Kiedyś tam wrócę.
Nasza kierowniczka chciała dobrze i nadrobiła specjalnie parę kilometrów, żeby nas wyrzucić na samiutkim przejściu granicznym. Niestety jest to kiepska miejscówka do łapania stopa - nie ma za bardzo gdzie się zatrzymać, a zaraz za przejściem jest wiadukt, gdzie wstęp jest surowo zabroniony. Nie mając innego wyboru musieliśmy się przedrzeć przez chaszcze na dół wiaduktu. Trafiliśmy na podwórko jakiejś firmy przewozowej, gdzie miły pan wytłumaczył nam, jak dotrzeć do miejscowości Saint Julien au Genevois.
Mała rada - nigdy nie pytajcie francuzów o drogę. Każdy, kogo pytaliśmy, jak dość do wylotu na autostradę, lub stacji benzynowej pokazywał nam inny kierunek. Aha - jadąc do tych ignorantów nauczcie się przynajmniej słów "Autoroute" i "poste d'essence". Inaczej przypał, nawet na migi ciężko się z nimi dogadać. Dopiero kasjerka w sklepie - młoda dziewczyna, która sama jeździ na stopa wydrukowała nam pusty paragon i narysowała mapkę do przystanku, z którego ona sama często łapie.
Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo zaraz trafił się podróżnik, który zrekompensował nam 2 godziny stracone w tym miasteczku. Z takimi osobami najłatwiej się dogadać, są ogarnięci, znają języki obce i jest z nimi mnóstwo tematów.
W końcu znaleźliśmy się na bramkach, gdzie udało nam się złapać stopa do Grenoble. Jakieś 5 km dalej zabraliśmy jeszcze młodego gościa, który chyba nam z nieba spadł, bo tłumaczył wszystko, co nasza Pani kierowniczka gadała. Owa pani - lat na oko 65+ wymyśliła nam wycieczkę krajoznawczą. O ile z będąc z tłumaczem było to dość ciekawe - dowiedzieliśmy się sporo o regionie Auvergne - Rhones - Alpes, o tyle kiedy ten ziomeczek wysiadł, zdani byliśmy tylko na siebie.
Objazd po Grenoble trwał grubo ponad godzinę. Zostaliśmy zbombardowani potokiem słów, z których nic nie wynikało. Owszem, miałem francuski w gimbazie, ale w tym momencie wyszła na jaw moja ignorancja i zbyt dużo się nie nauczyłem. Generalnie
o Grenoble nie dowiedziałem się nic. Pani starsza co jakiś czas się o coś pytała i była niesamowicie zdumiona, że nie potrafimy jej nic odpowiedzieć. Jak to? Przyjechali do Francji i jedyne co potrafią powiedzieć to Bonjour? Dziwaki...
Po tej jakże ciekawej wycieczce krajoznawczej zostaliśmy wysadzeni obok Porte de France na wylocie do miejscowości Valence. Nie czekaliśmy pięciu minut i zatrzymał nam się ojciec z córką. Dziewczyna mówiła świetnie po angielsku, ponieważ była szermierką
i jeździła na międzynarodowe zawody.
Jej ojczulek szydził trochę z Polski, że zimno, biednie i brzydko i że w ogóle mi się nie dziwi, że jadę na wakacje do Francji bo jest piękna. Oczywiście cała jego konwersacja z nami przechodziła przez jego córkę, bo kolunio nie umiał słowa po angielsku, w życiu nigdzie nie był. Zapytany przez nas, czemu nie rusza się z Francji stwierdził, że to najpiękniejszy kraj w Europie i że ma tutaj wszystko, czego turysta zapragnie, więc po co wyjeżdżać?
Serio? Ja rozumiem, że na zabitym dechami zadupiu mogą żyć ludzie, którzy nie mają ambicji poznawać innych kultur i otwierać umysłu na świat, ale żeby w XXI wieku w kraju, który uważa się za kulturalny i będący archetypem manier mieszkali tak zacofani ludzie to szok.
Nasza przygoda na ten dzień zakończyła się w miejscowości Valence, gdzie zostaliśmy podwiezieni przez wyżej wymienionego buca. Poprosiliśmy o podwózkę na bramki w stronę Montpellier. Nic to jednak nie dało, bo zostaliśmy upomnieni, przez policję, że nie wolno tam stać. Nie pozostało nam nic innego, niż przenieść się na krajówkę.
Do wieczora nie mogliśmy już nic złapać. Oczywiście co jakiś czas zatrzymywali się stereotypowi "Ciapaci", którzy podwieźliby nas i do samej Barcelony za odpowiednią opłatą.
Nie zrozumcie mnie źle - nie mam nic do ludzi z bliskiego wschodu. Mam gdzieś skąd jesteś i jak wyglądasz, jeżeli jesteś miły, uczciwie pracujesz i nie wykorzystujesz innych ludzi. Ci jednak zachowywali się podejrzanie i chcieli nas ewidentnie oskubać. Dziwnym trafem każdy, kto nam tego wieczoru proponował podwózkę za hajs, a było ich co najmniej czterech w ciągu jednej godziny wyglądał na Algierczyka lub innego Marokańczyka.
Około 22 odpuściliśmy sobie dalsze łapanie i zaczęliśmy szukać miejsca pod kimę. Przez miejscowość Valence przepływa rzeka Rodan, i byłoby to idealne miejsce na obóz, gdyby nie masa ludzi koczujących nad jej brzegiem (zgadnijcie kto? - mieliśmy już dziś
z nimi do czynienia). Znaleźliśmy więc kemping, który był, uwaga - ZAMKNIĘTY.
Nosz kurwa idzie zmęczony człowiek, chce im zapłacić za możliwość rozbicia namiotu
i skorzystania z prysznica, a Ci mówią, że po 22 nie kwaterują. To co, wszyscy mają się do tych nierobów dostosować? Będąc gościem tego kempingu nie mogę iść po 22 na miasto, bo pocałuję klamkę? Szczyt szczytów, mam nadzieję, że nie mają zbyt wielu klientów.
W końcu udało nam się wynegocjować wpuszczenie nas na obiekty sportowe i rozbiliśmy się na boisku do piłki nożnej.
Do tej pory wyjazd mi się mega podobał i byłem bardzo zadowolony. Nikt mnie tak nie wkurzył jak francuziki. A schody miały dopiero się zacząć...
Subskrybuj:
Posty (Atom)