Uśmiech to najważniejsza rzecz w trasie

Uśmiech to najważniejsza rzecz w trasie

środa, 6 kwietnia 2016

Plany planami, ale spontan zawsze w cenie

Dzień dobry, cześć i czołem!
Pewnie zapytacie co tak cholernie długo bez posta. Aktualnie znajduję się na etapie "muszę pisać magisterkę" tzn. gonią mnie terminy, coś tam popiszę, poanalizuję różne dane itd.
 I tak wszystko sprowadza się do łażenia po akademiku w poszukiwaniu kompanów
do tzw. "piżdżenia" tudzież "pierdzielenia głupot".
Korzystając więc z chwili psychicznego relaksu podzielę się z Wami kolejnym dniem moich przygód.
                    Po spiciu piwerka z drugim pokoleniem emigrantów wziąłem sobie zimny prysznic (nie będę płacił eurasa za minutę ciepłej wody) i w kimonko. Kempingi to zarąbista sprawa - w Reichu doba wychodzi jakieś 8 euro za osobę, więc jak sobie odpuścicie jeden obiad w makusiu to macie za co kimać w cywilizowanych warunkach. Jest kuchnia, jest źródło pitnej wody, kibelki, prąd - wszystko, czego potrzeba.
Opuszczając kemping zaczęliśmy kminić, jak tu się dostać z powrotem na autostradę. Załatwiła to pewna młoda Niemka, która widząc parę pojebów w kapeluszach i z wielkimi plecakami zaproponowała nam podwózkę do głównej drogi.
Dalej był mały problem, ponieważ skończyły nam się kartony, na których pisaliśmy nazwę miejscowości, a ciapaty sprzedawca z marketu nie chciał nam dać, bo twierdził, że mu potrzebne. Wielki kosz ze starymi kartonami za sklepem był niestety zamknięty na klucz. Ok rozumiem tę ideę na blokowiskach - za wywóz śmieci się płaci, a często przychodzą ludzie z innego bloku i podrzucają swoje odpadki. Pełna zgoda na zamykanie koszy.
Ale po cholerę zamykać śmietasa na autostradzie, gdzie jedynym podmiotem z niego korzystającym jest ten CPN - o - market ? Może po to, żeby nikt im tych śmieci nie kradł, tak jak my to zrobiliśmy? Cholera wie. W każdym razie kiedy ciapaty poszedł wynieść śmieci (na szczęście jakieś 10 minut po wcześniejszej rozmowie) wbiliśmy się razem z nim i zarąbaliśmy sporą liczbę tektury. Mogliśmy jechać dalej.
                    Jak tylko napisaliśmy "Karlsruhe" zaraz zatrzymał się kuc z mnóstwem opasek z festiwali w stylu "Brutal Assault" itd. Może spotkam się z nim w tym roku na Woodzie,
bo zrobiłem naszemu kostrzyńskiemu przystankowi taką reklamę, że Owsiak to mnie powinien po rękach całować :D. Dalej zatrzymała się na prawdę fajna blondyneczka, która stwierdziła, że wyglądamy tak przekomicznie, że nie możemy być niebezpieczni. Musiała wyczuć, że jest brana pod uwagę, bo niby od niechcenia użyła kilka razy w zdaniu słowa "My Boyfriend" :P I tu znowu reklama naszego pięknego kraju poszła w ruch. Jako, że dziewczyna była zapaloną żeglarką, to co można jej polecić?
Oczywiście, że Mazury! Jak to się mówi - "Tylko Niemca stać na wakacje w Polsce" :) Niech przyjeżdżają i zostawiają hajsik.
Na granicę z Francją w okolice Freiburga dojechaliśmy jak się okazało o najgorszej porze. Oczywiście porównać tamtą częstotliwość przejeżdżania samochodów z częstotliwością
z jaką spotkał się pewien podróżnik na wschodzie Rosji to jak porównywać Al. Jerozolimskie o 16 z Inowrocławiem po 20, niemniej jednak ruch był znikomy. W takich sytuacjach zaczyna się myśleć, jaka jest najbardziej efektywna forma łapania stopa. Odpowiedź jest bardzo prosta: Nie ma reguły. Czasem podejdziesz do pierwszego napotkanego gościa
i on Cię zabierze, a czasem ślęczysz z kartonem przez pół godziny. Trzeba próbować wszystkiego.
W każdym razie na tej stacji spędziliśmy ponad 3 godziny. Do ciężarówek to mieliśmy tego lata nieprawdopodobnego pecha - zawsze kurde pauza. Nie bądźcie głupi - nie czekajcie na gościa, który rusza za 3, 4 godziny tylko dlatego, że jedzie tam, gdzie Wy chcecie.

Spotkaliśmy również Rumunów, którzy władając perfekcyjnym hiszpańskim zaproponowali 100 euro za podwózkę do samej Barcelony. Nie na tym polega ta zabawa. Gdybym miał 100 euro do wydania, to mógłbym kupić za to bilet lotniczy z Polski i z powrotem. Znając mnie i tak pewnie przepierdzieliłbym na lokalne żarcie i trunki :D
Tutaj chciałbym się zatrzymać nad stereotypami - nie cierpię stereotypów, niemniej jednak niektóre określenia, aż się proszą. Proszę więc wybaczcie wpisywanie ludzi w schematy. Jeżeli zdarzy mi się napisać "Francuz to pizda", "Ruski pije", albo "Polak to złodziej" to
w domyśle proszę sobie dodać "nie każdy"
W końcu zatrzymała nam się dziewczyna, która zaproponowała nam podwózkę do Basel, mimo tego, że chcieliśmy się dostać do Francji. Szwajcaria w ogóle nie była w planie. Między innymi z uwagi na ubezpieczenie. Na terenie Unii przysługuje mi leczenie, ale
w Szwajcarii może być różnie. Pamiętam, jak będąc na nartach w szwajcarskim kantonie Valais koleżance policzyli 6000 franków za złamany nos, mimo, że nie zrobili jej z tym nosem nic poza prześwietleniem i podaniem tabletki przeciwbólowej. Wolałem tego uniknąć. Z drugiej strony Brian był na obcym kontynencie, do domu miał jakieś 10 000 km
i się o to nie martwił, więc co ja mam się przejmować?
Pojechanie do tej Szwajcarii to była najlepsza decyzja tego lata. Okazało się, że dziewczyna, która nas zabrała to również Couchsurferka - zaproponowała nam kimę, szamę i imprezkę.
Trafiliśmy na zajebistych ludzi - otwarty dom, nie wiadomo czyj. W kuchni lodówka sklepowa pełna browarów, na balkonie dwa świetne krzaczki, nikt nie zamyka drzwi, kto przyjdzie na melanż to tam śpi. Ogólnie wolni ludzie, przedstawiciele wolnych zawodów, szefowie sami sobie.

W ogóle nie było żadnego zdziwienia, że podebrani z ulicy ludzie będą dzisiaj z nimi się bawić i u nich nocować. Lubię ten kraj. Przestępczość jest najmniejsza w Europie, poziom otwartości ludzi jest wybitnie mało zachodni. Tylko ceny dosłownie wszystkiego przytłaczają. Da się jednak znaleźć ichniejsze dyskonty, w których bywa znośnie.
O szwajcarskim melanżyku i zwiedzaniu przepięknego regionu, jakim są Alpy Berneńskie opowiem Wam następnym razem. BAJO!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz